Transformers - Zemsta Upadłych
Marta Czabała
Dwie i pół godziny nieustających wybuchów, pościgów i najlepszych hollywoodzkich efektów specjalnych. Strawne, chociaż miejscami wchodzi ciężko. No i wszystko jest już jasne. Będzie część trzecia.
Szczerze mówiąc podobało mi się średnio. Być może dlatego, że 150 minut to dla takiego filmu znacznie za dużo. Dało się to znieść we Władcy Pierścieni, jednak Transformers nie są nawet w połowie tak dobre aby na filmie się nie zmęczyć. Wyjść nie wyjdziemy, jednak bywa nudnawo.
W części drugiej Sam Witwicky wybiera się na studia. Chce mieć normalne studenckie życie, bez kosmicznych przygód jakie były jego udziałem w pierwszej części Transformers. W drodze do college'u zostawia nawet wiernego Bumblebee i piękną Mikaelę, która musi jeszcze zostać w mieście. Nie wie, jeszcze że Deceptikony szykują inwazję i chcą zniszczyć Ziemię. Do swojego planu potrzebują informacji, w posiadanie których wchodzi - zupełnym przypadkiem - właśnie Sam Witwicky. Po raz kolejny znajdzie się on w centrum wydarzeń i od niego będzie zależeć los całej planety.
Młodym duszom na pewno będzie się podobać. To przecież film Michaela Baya. Producent i reżyser potrafi chyba każdy pomysł przekuć we frekwencyjne i finansowe złoto. I to złoto z dużą ilością wybuchów, wysokobudżetowych efektów specjalnych i najnowszych technik komputerowych. I sequel Transformers wcale nie jest wyjątkiem od tej zasady. Ponad połowę tego straszliwie długiego filmu stanowią, efektownie narysowane i dopracowane w każdym szczególe walki mechanicznych bohaterów. Widać świetną rękę rysowników, którzy - czerpiąc wzorce ze swojego ukochanego gatunku - puścili wodze fantazji, tworząc istoty magiczne, mimo swojego technicznego charakteru pełne mimiki i życia. Spece od efektów specjalnych stworzyli z ich udziałem spektakularne i naprawdę zjawiskowe sceny walk. Kinomani powinni też zabawić się w wyszukiwanie zapożyczeń z innych filmów. Ja znalazłam sceny wzięte niemalże bezpośrednio z Gatunku, co najmniej dwóch Terminatorów, Gwiezdnych Wojen, Indiany Jones'a i Obcego. Pewnie jest więcej.
Grupą docelową nie jestem w żadnym wypadku. To bez wątpienia film dla nastoletnich, raczej męskich osobników, chętnych zobaczyć przemienianie się Transformersów i kilka niezłych wybuchów. To z myślą o nich wszystko jest na wszelki wypadek opowiedziane przez Optimusa, który dokładnie streszcza to co było, wyjaśnia trudniejsze pojęcia, wygłasza pompatyczne teksty o zbawianiu ludzkości i poświęceniu jednostki. Nieznośne teksty, że dodam. Dla mnie pozostaje z lekka poboczny ale uroczy komediowy wątek wyprawiania Sama do college'u, poznawania studenckiego życia i rodziców, niespecjalnie zdolnych do zerwania pępowiny. Prześmieszny. Kiedy jednak przechodzimy do wątku samego kosmicznego konfliktu, trochę się zgubiłam. Wszystko wydało się być zbyt chaotyczne, nie do końca jasne a fabuła wydawała się być jedynie tłem dla efektów specjalnych.
Shia LeBeouf jest już sprawdzony w filmach akcji, nie jest więc niespodzianką, że i tutaj sprawuje się nieźle. I patrzy się przyjemnie, bo LeBeouf ma niezły talent komediowy, co w filmach pokroju Transformers szalenie się przydaje. Partnerująca mu ponownie Megan Fox jest jednak w drugiej części sprowadzona do symbolu piękna, ma zminimalizowane dialogi a jej rola ogranicza się do przybierania seksownych póz, biegania z rozwianym włosem i efektownych okrzykach "kocham cię". Popatrzeć można ale wielkiej aktorki to z niej nie będzie.
Na szczęście Transformers to nie tylko ta dwójka. Szalenie przyjemnym dodatkiem komediowym są Kevin Dunn i Julie White w roli rodziców Sama. Wspaniały jest John Turturo, chociaż ten zawsze jest wspaniały. Rola w Transformers być może nie jest szczytem aktorskich marzeń ale na pewno widzom sprawia wiele radości.
Całość jako taka radości być może nie sprawi ale na pewno nie będzie też źródłem cierpień. Można spokojnie pójść, nie tylko z dzieckiem ale dla własnej indywidualnej przyjemności. Daję gwarancję, że mimo pewnych niedociągnięć bilans wychodzi jednak na zdecydowany plus.