"Zatańcz ze mną"
Ania Nowak
Nie lubię filmów z Jennifer Lopez. Moje subiektywne prawo, plus fakt, że nie natrafiłam jeszcze na ani jeden sensowny. Co innego to Zatańcz ze mną. Tutaj Lopez jest postacią marginalną a sam film ogląda się bez ekscesów, niemniej jednak z dużą przyjemnością. Głównie zresztą dla aktorów drugoplanowych.
Podobno mężczyźni w wieku średnim wariują. Znajomy moich rodziców w wieku lat 50 dokonał klasyczny scenariusz tzw. wieku średniego. Opuszczając dom, żonę i trzy córki związał się z młodszą o 20 lat kobietą, beznadziejnie zakochaną w jego... portfelu. Kryzys wieku średniego jest od wielu lat motywem filmowców, którzy mniej lub bardziej sensownie zajmują się w problemem mężczyzn w srebrnym wieku.
Romans na szczęście nie jest problemem Johna Clarka, biznesmena w wieku lat mniej więcej 50ciu. Niemniej jednak on sam jest znudzony życiem, bo praca wydaje mu się monotonna a rodzina niespecjalnie zwraca na niego uwagę. Dlatego też kiedy jego życiowa depresja sięga zenitu wysiada na innej niż zwykle stacji metra, tylko po to aby zapisać się na kurs tańca a tym samym oczywiście odmienić swoje życie.
Zatańcz ze mną jest raczej płytkim remakiem japońskiej opowieści o urzędniku, dla którego taniec staje się odskocznią od niezmiernie wymagającej kultury pracy. Ogląda się to nieźle, chociaż absolutnie bez jakichkolwiek emocji. Gere przesuwa się po ekranie w mniej lub bardziej zwinnych ruchach, pokazując znane już widzom zero emocji. On po prostu nie jest dobrym aktorem. Znacznie lepsza jest Susan Sarandon, chociaż w tym rozmiarze jej talentu widać ją tutaj zdecydowanie za mało.
Najciekawsze z całego filmu jest tło aktorów drugoplanowych. Moje uznanie dla Anity Gilette, fenomenalnej Lisy Ann Walter i wielkiego Stanley'a Tucci. To właśnie oni są znacznie bardziej warci oglądania tego filmu niż mdły Gere i niewykorzystana Sarandon. I jeśli kiedykolwiek do niego wrócę to będzie właśnie i jedynie dla tej trójki.