Zakochana Jane
M. Czabała
Można pisać świetne, ekscytujące książki, ale mieć nudne życie. Powieści Jane Austen to - od kilkuset lat - bestsellery, ekranizowane w sumie ponad dwadzieścia razy; jej biografia nie wygląda już tak efektownie. Nigdy nie wyszła za mąż, nie podróżowała i nie uczestniczyła w życiu publicznym, zmarła w wieku zaledwie czterdziestu dwu lat. Miała dużo rodzeństwa i mało pieniędzy. Jej dochody z pisania nigdy nie mogłyby być równoważne z dobrym posagiem.
Niewiele o niej wiemy, jej korespondencja została ocenzurowana przez siostrę, która spaliła wybrane listy. Już sam fakt cenzury sugeruje, że Jane Austen pisała i prawdopodobnie robiła coś, co nie do końca mieściło się w XVIII- i XIX-wiecznych konwenansach. Jednak cokolwiek to było, zapewne pozostanie jej tajemnicą.
Jak z życia Jane Austen zrobić kolejną romantyczną historię, bliźniaczo podobną do tych, które sama opowiadała? Można na przykład odkryć, że przeżyła wielką, nieszczęśliwą miłość w młodości. Można zrobić z niej jednocześnie Romantyczną i Rozważną, każąc rezygnować z tej miłości dla dobra innych, najlepiej małoletnich dzieci. A potem można już tylko kręcić film i czekać na Oskary. Wszystko wydaje się być w porządku - defilada dobrych i wspaniałych aktorów, piękne stroje, klimat i nastrój. Anne Hatheway gra ładnie i powściągliwie, jej partner James McAvoy ma masę łobuzerskiego wdzięku. Reżyser, Julian Jarrold, robi co może, żeby odnaleźć się między młotem eleganckiej historyjki z epoki a kowadłem przesłania feministycznego i wychodzi mu to całkiem dobrze (choć to zaledwie jego drugi film, pierwszy to Kozaczki z pieprzykiem - wcale nie pornografia). Jednak moim zdaniem Jane Austen zasługuje na lepszy scenariusz; rozwiązania typu "on przypadkiem upuszcza list, ona przypadkiem go czyta, i powoduje to całkowity zwrot akcji" są nieprzekonujące i denerwujące. Poza tym - nie wystarczy ściągnąć błyskotliwe dialogi z książek Jane Austen, trzeba jeszcze umieć połączyć je w przekonującą całość.
Film oglądałam trochę z przyjemnością, trochę z irytacją, towarzyszącą zwyczajowo szarganiu świętości. Jane Austen to jedna z moich ulubionych pisarek; uważam, że zasługiwała na lepszą, ciekawszą i mniej melodramatyczną historię. Nawet jeśli nikt nie pokochał jej na tyle mocno, żeby zdecydować się na nierozsądne małżeństwo, a ona sama nie potrafiła wyjść za mąż bez miłości - czy to oznacza, że jej życie pozbawione było napięcia i emocji?