Harry Potter i Zakon Feniksa
Marta Czabała
No i mamy piątą odsłonę przygód Harrego Pottera. Jest lepiej niż w trzeciej i podobnie jak w części czwartej. Ciekawie zrobiony, wciągający i nie przedłużony film. Miejscami i przez niektórych świetnie zagrany. Jest co oglądać.
Jestem beznadziejnie zakochana w pierwszych dwóch ekranizacjach Harrego Pottera. Obie, wyreżyserowane przez specjalistę od hollywoodzkiej magii Chrisa Columbusa, stały się ucieleśnieniem dziecięcego świata magii i marzeń, dziecięcych snów o czymś pozaziemskim. W końcu każdy z nas kiedyś wierzył w to, że być może jest jakimś zaginionym księciem lub nieodnalezioną księżniczką, taką co w odpowiedniej chwili ocali świat.
Młody czarodziej
Harry Potter idealnie wpasował się w marzenia moje jak i pewnie milionów innych. I to wcale nie dzieci. Columbus zrobił z książki film magiczny, plastyczny ponad wszelkie wyobrażenia. I tak właśnie narodziła się wizualizacja magicznego świata. Było pięknie, niepowtarzalnie i nieprawdopodobnie, bo też reżyser nie zapomniał o niczym. Każdy detal, każda różdżka, każda książka była na odpowiednim miejscu. Pozwolę sobie więc na nutkę sentymentu. Ach gdyby wszystkie części powierzono właśnie Columbusowi...
Ale nie ma co rozpaczać nad rozlanym mlekiem. Powierzenie ekranizacji trzeciej części Alfonso Cuaronowi znacznie obniżyło poziom ekranowej magii. To co przyciągało nas swoim ciepłem, tutaj zastąpione zostało wyłącznie przez grę światłem, raczej ciemnym, ponure krajobrazy i brak tego co w poprzednich filmach stanowiło kwintesencję kina: magicznej, jedynej w swoim rodzaju scenerii. Cuaron odpowiedzialny za projekty raczej z półki tzw. ambitnych (kto powierza reżyserowi Ludzkich Dzieci kręcenie filmu dziecięco - fantasy???) po prostu nie podołał. Projekt go przerósł. I mimo tego iż krytycy sam film chwalili - dzieci kolejnego Harrego Pottera nie pokochały. Producenci zaczęli szukać nowego reżysera.
Specjalista od magii poszukiwany
Wraz z imponującym dorobkiem filmowym, Mike Newell podjął się wyzwania jakie stanęło przed nim podczas ekranizacji Harrego Pottera i Czary Ognia. Sam miał już na koncie produkcje masowe dla nastolatków (Młody Indiana Jones) i zdecydowanie umiał operować humorem (Cztery Wesela i Pogrzeb). Mimo iż sam nie powrócił do konwencji Columbusa, zmodyfikował tę Charona. Pozostając przy mrocznej i czarnej scenerii, nie nadając kolorom żywych barw osiągnął efekt wtajemniczenia absolutnie magicznego. Czara Ognia wciąga i pomimo rezygnacji z wielu elementów obecnych w pierwszych dwóch częściach, ta znacznie przewyższa część trzecią.
Na kolejną część przygód Harrego nie przyszło nam czekać zbyt długo. Odtwórca głównej roli Daniel Radcliff nie młodnieje, to zresztą po nim najbardziej widać upływ lat. Już dawno nie jest dzieckiem, raczej młodym mężczyzną. Spieszyć się więc trzeba.
Za kamerą ostatniego z filmów stanął raczej nieznany David Yates. Podtrzymał konwencję poprzednika, nie zmieniając konwencji zdjęć. Odpowiedzialny za nie absolutnie wielki talentem Sławomir Idziak zadbał o klimat, tam gdzie ma być mrocznie jest mrocznie, tam gdzie przytulnie tak właśnie się dzieje. Dziękuję za powrót moich ukochanych ruchomych szkolnych schodów i za powrót szkolnych szat. Świetne są zdjęcia plenerowe, chociażby Hogwartu z lotu ptaka i pięknych brytyjskich krajobrazów.
Dla potrzeb filmu należało książkę oczywiście mocno okroić. Ci, którzy już marudzą niech przestaną od razu - gdyby nie scenariusz szczegółowa ekranizacja trwałaby 4 godziny. Tymczasem na 138 minutach powstał sensowny, nieźle zmontowany film. Aktorzy grają to co powinni, sensownie aczkolwiek bez specjalnych ekscesów. Wyjątkiem są Imelda Staunton w roli profesor Umbridge oraz rewelacyjna mimo pierwszej filmowej roli Evanna Lynch jako Luna Lovegood. To właśnie dla nich mogłabym ten film obejrzeć jeszcze nie raz. Rewelacja.
A sama historia? Kto czytał książkę, ten nie będzie niczym zaskoczony. Voldemort dalej nie ma nosa, Harry cały czas ma kiepską fryzurę. Jest dobrze, sprawnie ale bez emocji zaskoczenia. Być może lepiej byłoby nie czytać książki. Tak przynajmniej nie wiedziałabym jaki będzie koniec.
Nie mam wątpliwości, że producenci rwą sobie włosy z głowy jak tylko odmłodzić Harrego w maksymalny sposób. Następny film wejdzie do kin maksymalnie za 18 miesięcy. Po nim przyjdzie czas na grand finale. Przeczytawszy już ostatnią część sagi J.K. Rowling to właśnie na jej ekranizację czekam najbardziej. Trzymam kciuki, że uda się przynajmniej jak w części piątej.