Transformers
Marta Czabała
Cudowna głupotka. Kierowana w szczególności dla widzów w wieku lat 12, tych starszych też w jakiś sposób chwyci za filmowe serce. Jest śmiesznie, nie nachalnie, a efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie. W swoim gatunku i przedziale wiekowym Transformers broni się znakomicie.
Dzisiejsi 20latkowie wiedzą dobrze co to i kto to jest Transformer. Niezależnie od płci, każde z nas miało lub znało kogoś kto miało zabawkę samochodu - robota. Zabawa była przednia, ot zabawka i duża doza wyobraźni.
U schyłku 20 wieku legenda Transformersów trochę osłabła. Nie były już legendą. Dzieci miały się czym bawić, bo twórcy zabawek prześcigali się w pomysłach. Transfomers spadliby więc pewnie w niepamięć gdyby nie nowa hollywoodzka moda na odgrzewanie motywów wszystkich dostępnych super bohaterów. Mieliśmy więc kolejnego Batmana, kolejnego Supermana, potem był Ghost Rider i inni. Jedni byli źli, jedni chcieli ocalić świat - wszyscy jednak przyciągali do kin widzów. Czas Autobotów, jak zwano Transfomers nadszedł więc naturalnym biegiem rzeczy.
Za reżyserię wziął się specjalista od wielkich i spektakularnych widowisk Michael Bay, produkcją wykonawczą zajął się zaś nikt inny jak sam Steven Spielberg. Już sama ta para gwarantuje wielkie show, takie jednak z humorem, przesadzone jedynie w dobrym stylu. Bay, odpowiedzialny wyłącznie za wielkie i spektakularne hity jak Pearl Harbor, Armagedon czy też Wyspa przygotował Transformers w swoim sprawdzonym stylu. Od samego początku traktuje wszystko z rozmachem, nie szczędzi pieniędzy, dopieszcza efekty. Historia wojny cybernetycznych i bardzo dużych robotów nie wzbudza w dorosłych widzach specjalnego współczucia czy też emocji, sposób pokazania historii to jednak uczta dla oka. Roberto Orci i Alex Kurtzmann, odpowiedzialni za scenariusz wywiązali się ze swojej roli, napisali historię pełną amerykańskiego patosu, miejscami przesadzoną ("Ludzie pokazali nam swoją odwagę (...) mają prawo, żeby wybrać czy chcą żyć (...) trzymasz klucz do przetrwania rasy...") ale w obliczu całości nie mam im absolutnie tego za złe. W końcu przyzwyczailiśmy się już do tego, że amerykańskim marines w pokonaniu wroga pomagają równie amerykańskie nastolatki, on i ona, z bardzo zresztą odsłoniętym i umięśnionym brzuchem. Widzieliśmy to przecież już tysiące razy.
Przyznaję bez bicia, że na filmie śmiałam się wielokrotnie. Dowcipy były niezłe, miejscami nawet bardzo dobre. Było na co popatrzeć, co obejrzeć i posłuchać świetnej muzyki Steva Jablonskiego. Ścieżka dźwiękowa i muzyka to zresztą jedna z pierwszych bardzo dobrych rzeczy jakie w tym filmie dostrzegamy. Potem są efekty specjalne, potem scenariusz a na końcu aktorzy. Dlatego też ich błędy już niespecjalnie przeszkadzają. Bo jeśli wszystkie poprzednie czynniki spełniły nasze wymagania w stopniu absolutnym, to ten ostatni pozostaje naprawdę marginalny.