Uprowadzona
Marta Czabała
Film akcji, w dobrym sensie tego słowa, przyzwoity i sprawnie zagrany. Można to bez wahania obejrzeć, można nawet dostać godziwą porcję rozrywki. Gdyby jeszcze Luc Besson (tym razem jako producent) uchronił swoje najnowsze dziecko przez kilkoma naiwnościami, byłby z tego prawdziwy majstersztyk.
Scenariusz do tej opowiastki napisał między innymi sam Luc Besson, artysta talentem niewątpliwy i wielkim nazywany zasłużenie. To wyłącznie dzięki niemu ten film nie staje się absolutnym mordobiciem i bezsensowną jatką. W pewnych momentach niemiłosiernie naciągnięty pod amerykańską widownię - pozostaje jednak całkiem przyzwoitym produktem swojego gatunku. Da się obejrzeć. Ba, może nawet obejrzeć się powinno.
Ale do rzeczy. Bryan (Neeson), emerytowany szpieg od zadań specjalnych (oczywiście) przeprowadza się do Los Angeles aby być bliżej swojej nastoletniej córki Kim. Z trudem buduje relacje ojcowskie, czego nie ułatwia mu była żona Lenore. To właśnie ona przekonuje go aby - w ramach okazania zaufania - puścił Kim na wakacje do Europy, gdzie wraz z koleżanką ma zwiedzać Paryż. Pełen jest złych przeczuć i słusznie zresztą, bo Kim wraz z koleżanką zostaje po przyjeździe do Paryża porwana przez albańską grupę przestępczą, która uprowadza ją w nieznane. Bryan musi jak najszybciej udać się do Paryża, a na znalezienie córki ma zaledwie kilkadziesiąt godzin.
Przyznam, że klimatem i wartkością akcji Uprowadzona przypomina trochę klasykę gatunku akcji czyli mój ukochany i niepowtarzalny Frantic. Wszystko zmontowane jest sprawnie jak idealnie pasująca układanka a reżyser nie daje nam ani chwili na kinowe wytchnienie. Z punktu widzenia filmu akcji mamy wszystko to, co potrzeba, wyścigi, strzelaniny, efektowne (i nie przesadzone) bijatyki. Mamy też wreszcie wyrazistego bohatera. Nelson Bondem może nie jest, ale w roli podstarzałego, chociaż dalej śmiercionośnego agenta sprawdza się znakomicie.
Nie znaczy to jednak, że sam film jest arcydziełem. Wręcz przeciwnie, nie daje rady uwolnić się od tej pustej, proamerykańskiej komercji, miejscami idiotycznej na tyle aby wywołać salwy śmiechu. Neeson przemieszczając się po Paryżu do wszystkich (Francuzów, Albańczyków) zwraca się po angielsku, którzy ci oczywiście znają płynnie. Kto był w stolicy Francji i próbował się po angielsku porozumieć, wie o czym mówię. Rozwala pół Paryża, samemu będąc zaledwie draśniętym. W zasadzie standard naciąganych filmów akcji ale irytować może.
No i w końcu, o co chodzi z tą Albanią? Od czasu doskonałego filmu Fakty i Akty, to właśnie nieszczęsna Albania stała się właśnie źródłem wszelkiego rodzaju perwersji i terroryzmu. Przy filmie Barryego Levinsona władze Albanii podobno ostro protestowały, teraz mają ponowną okazję. Ktoś musiał tu komuś stanąć na odcisk.