Kwarantanna
Ania Nowak
Obejrzałam na małym ekranie i być może dlatego nie umarłam ze strachu. W swoim gatunku porządne to kino, trzymające napięcie, niejednokrotnie przyprawiające o gęsią skórkę. A o to w horrorach właśnie chodzi. Jest nieźle, nawet jeśli pomysł zapożyczony.
Przecież pomysł na horror wcale nie musi być jakiś innowacyjny a Amerykanie kochają remaki. Zarówno nakręcanie nowych wersji filmów sprzed kilkudziesięciu lat jak i kopiowanie tych nakręconych na innych kontynentach. Kiedy tylko jakiś europejski czy azjatycki film odnosi na świecie sukces frekwencyjny czy kasowy, wtedy natychmiast robią swoją wersję. Niejednokrotnie tylko cicho wspominają kwestię pierwowzoru. Tak właśnie było z Kwarantanną, która jest remakiem hiszpańskiego Rec.
Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, wykorzystywana zresztą w niejednym horrorze. Ekipa telewizyjna, wraz z urokliwą reporterką Angelą robi reportaż z jednego dnia pracy strażaków. Bawi się zresztą przy tym świetnie. Troszkę już mniej, kiedy - po wezwaniu na akcję - trafiają do mrocznej, zaciemnionej kamienicy. Straż pożarna ma otworzyć drzwi do mieszkania, gdzie najprawdopodobniej zasłabła starsza kobieta. Kiedy wchodzą do środka, ta rzuca się na nich zdecydowanie w morderczych zamiarach, gryzie i zabija. Strażacy i ekipa uciekają na dół, tylko po to aby stwierdzić, że dom otoczyła policja i służby specjalne, które objęły dom kwarantanną. Nikt z obecnych w budynku nie może z niego wyjść. Radzić muszą sobie całkiem sami. A zainfekowanych dziwną chorobą jest coraz więcej z nich.
W horrorach bez wątpienia najważniejsze jest napięcie i efekty, znacznie bardziej istotne niż aktorstwo czy cokolwiek innego. Chociaż i to ostatnie jest w filmie niezłe, w szczególności w wykonaniu znanej u nas z Dextera Jennifer Carpenter. Jednak to napięcie i konieczny w takich filmach suspens sprawia, ze całość ogląda się tak dobrze. Niejednokrotnie strach jest po prostu patrzeć w ekran nawet jeśli ten jest bardzo mały. Zwłaszcza ostatnia scena niemalże wbija w siedzenia. Strach prawdziwy, nawet w wersji mniejszej niż kinowa.
Jedyne co może rozproszyć widza a tym samym trochę zaburzyć przyjemność z oglądania, to ta nieszczęsna ruszająca się kamera, tutaj co prawda usprawiedliwiona przez fabułę, jednak jak zawsze uciążliwa. To bez wątpienia mankament ale wraz z filmem można się do tego "bieganego" filmowania przyzwyczaić. Zwłaszcza, że w zasadzie potęguje ono poczucie, że uczestniczymy w wydarzeniach bohaterów. Przyzwoity to kawałek horroru. Nawet jeśli jest tylko remakiem.