A mnie nie szkoda lata...
Małgorzata Kobus
Lato mnie zadziwiło. Nie chodzi mi tylko o liczne kaprysy pogodowe, kiedy to gorący tydzień przechodził w dużo chłodniejszy weekend, czy też kwestię jego szybkiego przemijania. Zadziwiło mnie przede wszystkim niesamowitą dynamiką wydarzeń na polu uczuciowym bliskich mi osób, które z kolei spowodowały zmiany, zmiany, zmiany.
Mimo optymistycznej wiosny, gdzie tęskne serca pełne nadziei znajdują w swoim zasięgu obiekt westchnień, lato dość brutalnie zweryfikowało większość znanych mi i często rokujących na przyszłość związków.
Już nawet nie pamiętam od czego ta fala porażek i upadków się zaczęła. W każdym razie kilka pięknych, mądrych i wyjątkowych kobiet zasiliło szeregi tzw. singielek. Ostatnio usłyszałam nawet na ten temat osobisty przytyk. Mianowicie znajoma pytając o mój wiek, stwierdziła, że powinnam szybko znaleźć sobie męża. I nie jest ważne jakiego, bo nawet jeśli małżeństwo okaże się porażką, to lepiej mieć status rozwódki, niż być starą panną (jaką ja zapewne jestem od dobrych paru lat...). Ta opinia, w obecnym stanie rzeczy nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia i przyznam, że nie wiem kto musiałby mi się oświadczyć, bym za niego wyszła. Chyba jedynie mój ukochany Brad Pitt...
W każdym razie mamy teraz wśród "singielek" jedną piękną, młodziutką dziewczynę, która po prawie sześciu latach nie do końca udanego związku, została brutalnie i z dnia na dzień wyrzucona z życia swego niegdysiejszego ukochanego. Wyrzucona dosłownie, gdyż nie zostawił jej wiele czasu na szukanie nowego lokum i już następnego dnia musiała wynieść się z ich dotychczasowego wspólnego gniazdka. Rozpacz była ogromna, choć moim zdaniem zupełnie nie adekwatna do jakości tego związku i wartości mężczyzny. Oczywiście idąc za słowami piosenki "po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój", tak też było i w tym przypadku. Okazało się bowiem, że nic bardziej nie pomaga na poranione i złamane serce, niż nowy w nim lokator.
Druga dziewczyna jest równie piękna jak jej poprzedniczka, choć bardziej dojrzała i stanowcza w swoich wyborach. I może właśnie jej mocny charakter, a szczególnie mało lubiana przez mężczyzn cecha - niezależność - powodują, że trudno jej znaleźć odpowiedniego partnera. Mało tego, wydaje się, że w kraju, w którym obecnie żyje, takowych nie ma. Bo mężczyźni tam wiążą się z kobietami z zupełnie innych powodów, niż te, do których przyzwyczaiły nas romantyczne filmy i ksiązki. Tam związek to układ, czasem nawet biznesowy. Ale przede wszystkim to przekalkulowany na chłodno plan - razem będzie nam wygodnie, miło i przyjemnie, kosztami mieszkania podzielimy się na pół, a potem weźmiemy wspólny na nie kredyt. A może jeszcze, gdzieś w międzyczasie, bardziej się polubimy, a nawet zakochamy w sobie. Oczywiście taki układ jest bezpieczny i absolutnie go nie neguję. Moja przyjaciółka jest zadowolona, bo jej boyfriend jest dobrym człowiekiem i może na nim polegać, a wspólna przyszłość jawi się wręcz sielankowo. Jednak obie wyartykułowałyśmy ostatnio na głos jedno niewygodne, ale niezwykle niepokojące nas, pytanie: co będzie, jeśli po latach takiego bezpiecznego i spokojnego życia, spotka kogoś, w kim naprawdę się zakocha? I czy za parę lat nie zatęskni za tymi fantastycznymi motylami w brzuchu...?
Trzecia historia dotyczy dziewczyny najdłużej mi znanej. I jak długo ją znam, tak długo patrzyłam na jej związek z kimś zupełnie nieodpowiednim. Tak już jest, że przyglądając się z zewnątrz, jesteśmy w stanie ocenić pewne rzeczy obiektywnie i z odpowiednim dystansem. Na szczęście i ona wreszcie znalazła odpowiedni punkt widzenia oraz siłę w sobie, by powiedzieć dość. Świadomie zdecydowała, że czas przerwać tę kilkuletnią farsę, mimo, iż skazuje się tym samym na bycie, delikatnie mówiąc, "panną z odzysku". Dużo myślałam o tym, ile siły trzeba mieć, by przerwać toksyczną więź, by powiedzieć sobie dość, chociaż widmo samotności i trudów życia codziennego jest przytłaczające. Zasłużyła ona jednak jak nikt na to, by być szczęśliwą. A jeśli to oznacza, że trzeba podjąć stanowcze kroki i stoczyć walkę o siebie i o to szczęście, to zawsze warto.
Ostatnia historia jest niemal książkowa. Ona naiwnie zauroczona - pełna nadziei, wiary i miłości oczywiście. Jej wybranek to zadufany w sobie "gwiazdor", z przerośniętym ponad normę ego. Oczywiście widzą to tylko jej, wspomniane wcześniej, koleżanki, gdyż ona sama pielęgnuje jego nieskazitelny obraz idealnego mężczyzny. Zabiega o niego, uwielbia go, kupuje książki, cytuje Coelho, śle listy, śpiewa Leonę L. - jakże adekwatnie do sytuacji! - But I don't care what they say/ I'm in love with you/ They try to pull me away/ But they don't know the truth/ My heart's crippled by the vein/ That I keep on closing/ You cut me open and I/ Keep bleeding/ Keep, keep bleeding love(...) *. Czyste szaleństwo. Do tego dochodzi ciągłe poczucie winy, że coś zrobiła, bo on znów się do niej nie odzywa, nie pisze, nie dzwoni. A kiedy ona dzwoni do niego, to nie odbiera, choć obiecał, że zawsze będzie. Pewnie znów ktoś coś powiedział, więc on się obraził. A może nie lubi jej koleżanek? A może się przestraszył?! I dlatego urwał kontakt bez słowa wyjaśnienia, bez jednego słowa. Nie po raz pierwszy zresztą. I pewnie historia ta powtarzałyby się cyklicznie, gdyby nie jakieś otrzeźwienie, takie "klik!" I nagle przyszło olśnienie - ten facet jest niepoważny! Mało tego, jest też chyba kompletnie niezrównoważony emocjonalnie i ma problem z rzeczywistością oraz oceną innych. Idiota? Hmm... Raczej egocentryk z dużymi kompleksami. I chociaż ona nigdy nie powiedziała mu niczego, co mogłoby go dotknąć (w przeciwieństwie do niego), to jednak znalazła sposób, by mu przekazać swoją opinię. Od czego ma się przyjaciółki!
Zatem niech się skończy wreszcie to dziwne lato, bo wrzesień to świetny czas na refleksje, oczywiście z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Sobie życzę tego szczególnie, bo urodzinowo.
* Leona Lewis, Bleeding love