Grace
Marta Czabała
Obrzydliwy w sensie dosłownym. I to nawet dla mnie, dumnie nazywającej się wielbicielką filmów grozy. Bywały zresztą filmy obrzydliwe ale przyzwoite same w sobie. Ten jest obrzydliwy a przyzwoitości nie ma za grosz. Jeśli już oglądać to lepiej na czczo.
Na dodatek widać gołym okiem, że film zrobiony jest raczej niskim kosztem. Całość wygląda tak jakby ktoś miał całkiem niezły pomysł na horror ale całkowicie nie wiedział jak go zrealizować. A jak już się zdecydował, to poszedł zupełnie nie tą co trzeba droga.
Madeline Matheson (Jordan Ladd) jest w ósmym miesiącu ciąży kiedy z mężem uczestniczą w tragicznym wypadku drogowym. W jego wyniku ginie mąż Madeline oraz jej nienarodzone dziecko. Zrozpaczona tragedią kobieta odmawia wizyty w szpitalu i niezależnie od wszystkiego chce donosić ciążę. Rodzi się dziewczynka. Żywa dziewczynka. Madeline jest zachwycona dopóki nie odkrywa, że od zwykłego mleka matki jej mała córeczka znacznie bardziej woli pić jej krew.
Wielbicielom horrorów przyjdą pewnie do głowy dziesiątki potencjalnych kontynuacji interesującego wątku. Powiem od razu: nic z tego. Większość tego 85 minutowego filmu skupia się na Madeline próbującej na różne sposoby zaspokoić krwiste żądania swojej córki. I tyle. Madeline nie próbuje dociekać dlaczego tak się stało, kim może być tak naprawdę jej dziecko, nie wydaje się być zainteresowana tak podstawowymi w jej sytuacji kwestiami. Niemalże jak maszyna, wykonuje kolejne zadania. Jej postawa wzbudza niemalże skrajną irytację. No dobrze, matka matką, ale czy nawet ta najbardziej zaangażowana nie próbowałaby wyjaśnić tej dziwnej sytuacji?
Grace to debiut reżyserski i scenariuszowy Paula Soleta, stąd ciężko jest porównać film do jego poprzednich tworów. Film robi wrażenie bezsensownie rozwiniętego dobrego pomysłu, gdzie Solet - zamiast na wyjaśnieniu dziwnej zmiany dziecka - postanawia skupić się trudach wychowywania małego wampirka. I tak obejrzymy na przykład kłopoty Madeline w zdobyciu krwi, jej zmagania z bólem podczas karmienia piersią, pogryzione ciało i wszechobecne muchy. Będzie też oczywiście, konieczny w takich filmach (bezsensowny) mord i ... głębokie poczucie niesmaku. Całość była nie dość, że nudna to jeszcze skrajnie obrzydliwa. Na dodatek co rusz dostajemy krótkie scenki z rzeźni. Nie wiem co autor miał na myśli ale chyba nie chcę nawet próbować dociekać. Jasne jest jednak, że nawet najbardziej wytrwali będą musieli odwrócić głowy.
Nie rozumiem zamysłu Soleta. Być może był wielbicielem słynnego Misery i jego film ma być - fatalnie nieudanym - hołdem dla klasyki. Czy może wręcz odwrotnie, Solet kocha kino klasy F i chce dopisać do serii "perełek" coś swojego autorstwa. Ogląda się to fatalnie, zagrane jest dramatycznie a zakończenie przyprawia o mdłości. Jedyna iskierka radości przychodzi dopiero na myśl, że ten koszmar się skończył. Już chyba wolałabym obejrzeć Piłę. Może nawet dwie pod rząd.