Metro Strachu
Marta Czabała
Bardzo dobre kino akcji ale tylko kino akcji. Niby nie można się do niczego przyczepić bo widać i porządny warsztat i dobre aktorstwo. Jednak takim reżyserze i takich aktorach można się było spodziewać czegoś więcej. Mimo wielu plusów pozostaje poczucie niedosytu.
Dobre kino akcji w wykonaniu dobrych fachowców. Wszystko dzieje się w tym filmie bardzo szybko, tak samo jak szybko pędzi tytułowy pociąg. Pelham 123 to zresztą bardzo pechowy pociąg nowojorskiego metra. To właśnie jego pierwszy wagon obrał sobie na cel niejaki Ryder (Travolta), który w zamian za 19 zakładników życzy sobie od miasta wielomilionowego okupu. Jego łącznikiem z policją i burmistrzem staje się, całkowicie przypadkowy kontroler ruchu pociągów Garber (Washington). To właśnie jego Ryder wybierze sobie do kontaktu, mimowolnie angażując mężczyznę we własny plan.
Bardzo dobrze zrobiony film akcji, taki dla miłośników tworów, gdzie cały czas coś się dzieje. To też taka polewka dla rozgoryczonych kryzysem finansowym Amerykanów. Tony Scott doskonale wie jak wpasować się w społeczne nastroje, Amerykanów żądnych pokazania (nawet filmowego) kogoś, kto mógłby być odpowiedzialny za ich kłopoty. Kogoś, kogo można by ukarać. Kto zaś w takich chwilach lepiej nadaje się na czarny charakter niż makler giełdowy, mający na co dzień możliwości niedostępne dla zwykłego śmiertelnika? Świetny zabieg marketingowy, godny najlepszych PRowców.
Scott wie też jak robić filmy akcji. Jest przecież odpowiedzialny za niejedną filmową perełkę, taką jak chociażby Karmazynowy Przypływ, Ostatni skaut czy Top Gun. Wszystkie mistrzowsko dopracowane. Filmy gdzie cała akcja rozgrywa się w małym przedziale czasu nie mogą sobie pozwolić na jakiekolwiek potknięcia. I takich tutaj nie znajdziemy. Nie znaczy to jednak, że wszystko jest idealnie. Przy tak utalentowanym reżyserze można by spodziewać się czegoś więcej. Zabrakło mi tego elementu dramatu, tego męskiego "czegoś", czego świadkiem byliśmy chociażby w Karmazynowym Przypływie, jakiejś niespodzianki, czegoś innego niż zwykły film. W Metrze wszystko jest zbyt jednoznaczne, zbyt czarno - białe. Oczekiwałam, że ktoś taki jak Scott będzie w stanie mnie zaskoczyć. Szkoda, że tak się nie stało.
No i oczywiście aktorzy. Nazwiska wielkie i znane, tak samo zresztą jak niemalże zawsze w filmach Scotta. Denzel Washington jest już chyba jego etatowym aktorem. Trudno jest mi jednoznacznie rozsądzić kto z duetu Washington/Travolta wychodzi zwycięską ręką. To dwie różne role. Rola Rydera bez wątpienia pozwala Travolcie na większą ekspresję, Washington musi grać przede wszystkim twarzą. Mimika kontra ekspresja to ciekawe zderzenie możliwości aktorskich. Na tle tych dwóch panów warto jest też wyróżnić wspaniałego Johna Turturo i Jamesa Gandolfiniego, wciąż jeszcze za rzadko widywanego w pełnometrażowych filmach. Aktorsko to gra wirtuozerska. Ale od samej opowieści jednak chciałam więcej.