Wojna domowa
Marta Czabała
Przeurocza, nie dość że śmieszna to jeszcze i pouczająca komedia. Mądra. Na dodatek fenomenalnie zagrana, nawet przez tych na co dzień uważanych za mało utalentowanych. Jako iż takich filmów jest w naszych kinach bardzo mało, chętnie przyłączam się do akcji promocyjnej.
A myślałam, że to kolejna błaha komedyjka, jak wszystkie ostatnie naznaczone tą nieszczęsną łatką romantycznej. A tutaj miłe, ba bardzo miłe rozczarowanie. Film Stephana Eliotta jest przede wszystkim mądry. A to można powiedzieć dzisiaj o mało którym.
Dobrze urodzonym pewnych rzeczy robić po prostu nie wypada. John Whittaker (Ben Barnes) popełnia mezalians i - ku rozpaczy własnej matki - żeni się z Amerykanką. Jego decyzja jest dla rodzicielki tym bardziej niezrozumiała, iż nowa Pani Whittaker jest tzw. kobietą wyzwoloną, prowadzi samochód, nosi spodnie. Na dodatek jest rozwódką! No i jeszcze ma alergię na pyłki, co dla zakochanej w wiejskim życiu kobiety jest niewyobrażalne. Teściowa stawia sobie za punkt honoru aby dać synowi do zrozumienia iż popełnił kolosalny błąd. Sama musi tylko jeszcze poradzić sobie z prowadzeniem domu, dwiema mało rozgarniętymi córkami, kłopotami finansowymi i mężem, którego po powrocie z wojny obchodzi jedynie stary motor i jego remont.
Wielkie aktorstwo i wspaniały reżyser. Stephan Elliott zapisał się w pamięci Hollywood głównie dzięki kontrowersyjnemu ale świetnemu filmowi Priscilla, królowa pustyni. Oprócz tego jest w jego filmografii jeszcze kilka filmów, żaden z nich nie jest jednak równie znany jak słynna opowieść o transwestytach. Teraz Elliott nakręcił coś innego, chociaż równie dobrego. Wojna domowa to nie tylko jego dzieło reżyserskie, jest on też współautorem scenariusza. A jakość tego filmu dopełnia wspaniała gra aktorska.
Pierwsze skrzypce to fenomenalna Kristin Scott Thomas i jeszcze lepszy niż zwykle Colin Firth. Ona grywa dzisiaj raczej drugoplanowe lub epizodyczne role. Tutaj, mocno postarzona, jest na pierwszym planie i błyszczy jak za czasów Angielskiego Pacjenta. Pozornie zimna i bezosobowa, w kolejnej scenie okazuje się być wulkanem emocji. Wspaniała rola, tak samo zresztą jak i ta Firtha. On dla mnie gra rolę swojego życia. Obsadzany na co dzień w raczej mało ciekawych rolach introwertyków, tutaj zostaje w pamięci, jest cyniczny, pozornie nieczuły, pełen emocji. Jego Pan Whittaker to dla mnie najbardziej istotna i najbardziej zapadająca w pamięć postać w tym filmie. REWELACJA.
Ale i drugoplanowi aktorzy nie ustępują tej dwójce. Na co dzień znana z raczej mało mądrych wypowiedzi publicznych, Jessica Biel jest w tym filmie wyjątkowo dobra. Może to jednak prawda, że do tej pory nikt nie dał jej szansy żeby się prawdziwie pokazać. Ale nie tylko ona. Kimberley Nixon, Katherine Parkinson no i oczywiście wspaniały Kris Marshall tylko dopełniają kinowej satysfakcji. Wspaniali aktorzy odtwarzający wspaniały scenariusz to w dzisiejszym kinie rzadkość a tutaj wszystko jest na miejscu. Cynizm, ironia, żarty z różnic kulturowych. Można się śmiać, wzruszać, można też wyciągnąć parę cennych wniosków.
A jeśli dodam jeszcze, że całość ma naprawdę wspaniałe kostiumy i zdjęcia, to chyba nikt mi w tą recenzję nie uwierzy. Naprawdę chciałam się przyczepić. Ale nie było do czego. Starałam się ale ten film jest naprawdę bardzo przyzwoity. Nie szablonowy, nie tandetny, nie ocukrzający sztucznie faktów. Zachęcam. Nawet bardzo.