Yeti. Curse of the snow demon.
Marta Czabała
Przestaję wierzyć w kryzys w Ameryce. Jeśli bowiem dalej mają pieniądze aby kręcić idiotyczne wprost filmy, to musi powodzić im się całkiem nieźle. Chyba że Yeti to jakiś wyrafinowany sposób aby wyprać nielegalne pieniądze. Innych powodów dla kręcenia takiego gniota absolutnie nie widzę.
Tytuł równie absurdalny jak i sam film. Jak wieść głosi, zrobiony zresztą wyłącznie na potrzeby amerykańskiej telewizji, co z zasady usprawiedliwia mniejszy budżet na efekty specjalne. W tym wypadku także na wszystko inne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prawdziwym autorem scenariusza jest jedenastoletni syn sąsiadki producenta filmowego, którego mamie ten obiecał przysługę. Innego wyjaśnienia tych kretynizmów naprawdę nie znam.
Mamy tutaj fatalnie nakręconą historię o grupie nastolatków, bodajże drużynę sportową, której samolot rozbija się w górach. Ci którzy przeżyli, nagle odnajdują się w niebezpiecznym górskim środowisku. Na dodatek takim, w którym straszy całkiem prawdziwy i oczywiście śmiertelnie grożny Yeti.
Takich lub podobnych filmów było co niemiara, jednak wszystkie które widziałam do tej pory zachowywały jakiekolwiek granice filmowej przyzwoitości. Ten przyzwoitości nie ma żadnej. Na dodatek budżet przeznaczony na tą szmirę jest znacznie mniejszy niż koszt obiadu statystycznej rodziny. Jednego obiadu. Sam Yeti jest żywcem zerżnięty z oryginalnej serii Star Treka, gdzie potwory grali aktorzy ubrani we włochate futerka. To jednak były lata 60te. Czterdzieści lat później po prostu nie przystoi. Jeśli próbujemy robić coś na serio, nawet horror, pewne zasady muszą być zachowane. Jedną z nich jest nie używanie chamskiej tandety. Yeti jest nie dość że tandetny, to jeszcze jego "groźny" bieg jest nachalnie i chamsko wygenerowany komputerowo, tak że wszystko wygląda sztucznie i śmiesznie. Wśród moich przyjaciół złowrogi bieg wywołał wprost eksplozję radości no ale my takie absurdy naprawdę kochamy wyszukiwać.
Efekty efektami ale gdyby scenariusz był przyzwoity może by coś uratował. Ale Yeti przyzwoitego scenariusza nie ma. Ma dokładnie to czego można by się obawiać, opis grupki pięknych i młodych biegających z krzykiem dookoła góry po śniegu, dokonujących samozniszczeń, kanibalizmu lub realizujących coraz to bardziej absurdalne pomysły. Wśród tych ostatnich, absolutnym hitem jest zrobienie sobie łupek na złamaną nogę z oderwanej kończyny swojego przyjaciela. No dobrze, przyznam, że aby taki koszmar wymyśleć trzeba mieć jakąś inwencję twórczą. Nazwijmy to twórczy inaczej.
Znęcam się przyznam, ale nad takimi filmami inaczej nie można. Głupie to niebotycznie, na dodatek absurdalne i bezsensowne. Na temat aktorstwa wypowiadać się nie będę, w takim filmie nawet najjaśniejsza gwiazda nie miałaby szans zaistnieć. Wytrzymałam te półtorej godziny wyłącznie z miłości do filmów jako takich. Więcej jednak za skarby świata tego nie obejrzę.