Katyń
Aneta Robertson
To na pewno będzie sukces kasowy, bo do kina tłumnie pójdą uczniowie i studenci. Sukces przypieczętuje także niewątpliwie nazwisko Andrzeja Wajdy, bo przecież to już prawie nasz produkt narodowy. Niemniej jednak Katyń, film dobry i na pewno ważny - na pewno nie jest najlepszym filmem w karierze reżysera.
Andrzeja Wajdy nie wypada dziennikarzom krytykować. Zwłaszcza tym młodym, którzy swoją drogę "pisarską" dopiero zdążyli rozpocząć. Nie można jednak obojętnie przyjmować wszystkiego co robi i bezkrytycznie pisać superlatywy filmowe. Dlatego ja osobiście pozwolę sobie film Wajdy troszeczkę skrytykować.
Punkt pierwszy: scenariusz. Bliżej mi nieznany Przemysław Nowakowski i raczej sensacyjny Władysław Pasikowski napisali niezłą, chociaż miejscami zbyt chaotyczną opowieść, bardziej o rodzinach katyńskich, niż o samych zamordowanych. Przesadzili jednak z lekko wyolbrzymionym, a co za tym idzie niezrozumiałym zaufaniem wiary w wartości POLSKIE. Pierwsza scena, kiedy to Anna jedzie odbić męża z konwoju jeńców, a ten smutnym głosem oświadcza jej, że ma obowiązek wobec munduru i musi jechać dać się zamknąć będzie niezrozumiała nie tylko dla mnie, ale też dla rzeszy młodych ludzi, którzy historię katyńską znają tylko z telewizji. Dlaczego lepiej jest jechać do obozu, niż uciekać i walczyć na miarę swoich możliwości? Dlaczego nie trzeba próbować uciekać i walczyć z wrogiem? Nowakowski i Pasikowski nie starają się odpowiadać na pytania, ograniczając się jedynie do relacjonowania wydarzeń, oblekając je jednocześnie w niezrozumiałą dla mnie otoczkę mistycyzmu i wyższości. Są tutaj sceny niezrozumiałe i bezsensowne (śmierć siostrzeńca Anny), są też takie jakby włożone bez koncepcji. Przesłanie? Nie wiem. To trochę jakby nie opowieść o ludziach ale o relikwiach narodu, kierujących się niezrozumiałymi dla współczesnego narodu wartościami. Nie da się z nimi identyfikować. Trochę szkoda.
Punkt drugi: aktorzy. Wysoki poziom, na jaki skutecznie wynoszą aktorstwo kobiety, natychmiast zaniżają niemalże wszyscy mężczyźni. Wielką chociaż epizodyczną rolę stworzyła Maja Komorowska, aktorka formatu niedostępnego wielu. Świetna jest też Maja Ostaszewska, na szczęście wychodząca poza kanon jednego, bardzo kiepskiego serialu; dobre są Magdalena Cielecka, Stanisława Celińska i Danuta Stenka i . W zasadzie nie ma złej roli kobiecej. Są za to złe role męskie.
Dobrego poziomu scen z obozu jenieckiego nie jest w stanie utrzymać maleńka rola Jana Englerta. Wajda postawił na popularność nazwisk, nie talent i zaangażował Artura Żmijewskiego (na sali kinowej słychać było pomruk "doktor Burski") i niestety nie trzymającego poziomu Pawła Małaszyńskiego. Prawdopodobnie będzie to miało pozytywny wydźwięk na ilości widzów, jednak nie na jakości filmów. Żmijewski i Małąszyński może i źli nie są ale stanowczo do takiego filmu warsztatu dostatecznego nie mają. Jedynym ratunkiem dla rodu męskiego w Katyniu wydaje się być Andrzej Chyra, bezceremonialnie najlepszy aktor młodego pokolenia w Polsce. Szkoda tylko, że czasami daje się skusić na kiczowate propozycje.
I wreszcie: reżyser. Wajda bawi się konwencjami. Zestawia ze sobą schematy, interpretuje przekonania. Historia dwóch sióstr to dla niego współczesna Antygona (wprawne oko zobaczy, jaką sztukę grali w teatrze, gdzie Agnieszka obcinała włosy). Skutecznie lawiruje między rzeczywistością, pragnieniami swoich bohaterów i tym co jednak okazuje się prawdziwe. Pokazuje swój talent, wielki, chociaż zaniżony kiepskim scenariuszem. I to przede wszystkim przez niego ten film nie jest klapą, fiaskiem ale przyzwoitym i nieźle zagranym kawałkiem kina. Na miejscu odpowiedzialnych za promocję oficjeli nie wystawiałabym go do Oskara, ale cóż... może naprawdę nie było nic lepszego.