Bunt. Sprawa Litvinienki
Marta Czabała
Wbrew niektórym twierdzeniom nie szokuje. Ba, nawet nie zaskakuje. Historia byłego szpiega KGB, zamordowanego najpewniej za sprzeciw wobec Rosji, to tylko smutna historia tego, że nie od wszystkiego można uciec. Z samego dokumentu Andreia Nekrasova, nie wynika jednak nic o tym byśmy sami nie wiedzieli. Jeśli kogoś przedstawione zdarzenia mają szokować, to na pewno nie nas Polaków. Może po prostu mamy za wiele wspólnej historii.
Andrei Nekrasov nakręcił dokument o życiu Alexandra Litwinienki. Nakręcił, pokazując jednocześnie jak bardzo skorumpowana i daleka od demokracji jest Federacja Rosyjska, rządzona kiedyś przez KGB a dziś przez jego odpowiednik FSB. "To służba dla skorumpowanych urzędników" twierdzi Litwinienko, udzielając jednocześnie jednego z ostatnich wywiadów w swoim życiu. I tak oto, niemalże przez jego oczy dowiadujemy się o kolejnych przykładach nieprawdopodobnej w swojej skali korupcji, zabijaniu dla zysku i wywoływania wojen dla ekonomicznych korzyści. Dowiadujemy się, ale zszokowani się nie czujemy.
"Ja to wszystko miałem na własnej skórze" powiedział ostatnio mój tata, jednoznacznie odmawiając pójścia do kina na Bunt. Wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi brak emocji z jakimi oglądamy cały dokument. Jeśli jesteśmy młodzi znamy te wszystkie historie z opowieści naszych rodziców, jeśli jesteśmy starsi samy pamiętamy takie wydarzenia z własnego życia. Dlatego też wychodzimy z kina bez jakiegokolwiek podsumowania, sensu czy głównego wątku. "W Rosji jest źle, jest korupcja". Ok, ale to przecież chyba wiedzą wszyscy?
Dokonywane porównanie Nekrasova do Michaela Moora, także wydaje się bezcelowe. Moore, doceniony już w Europie wytyka piramidalne, absurdalne błędy a amerykańskim systemie rządzenia, czyniąc jednak ze swojej pracy satyrę, co zaskarbia mu wielbicieli na świecie. Odkrywa wcześniej nie znane fakty, pokazuje to co na co dzień wydaje się być idealne. Idealna na pewno nie wydaje się być Rosja. Każdy, kto na co dzień śledzi serwisy informacyjne wie, jaki stopień dramatyzmu przyjmują niektóre wydarzenia u naszych wschodnich sąsiadów i do jakich metod uciekają się rosyjskie władze. Dlatego też szoku nie ma. Może będzie u Amerykanów.
Męczy długość dokumentu. Niemalże dwie godziny to znacznie za długo jak na ten gatunek. Drażni też montaż podręczną kamerą i wieczne pojawianie się w kadrze, najwyraźniej zachwyconego sobą reżysera. Jeśliby skrócić całość o jego biegi i smutne miny, na pewno całość zyskałaby na jakości akcji. Tak, bywa męcząco.
"Jeśli coś mi się stanie, pokażcie to światu" tak podobno Litwinienko nakazał zrobić ze swoimi zeznaniami. Świat zobaczył, niestety jednak nie pochylił się w pokorze. Rosja, prezydent Putin i wojsko dalej trwają w uwielbieniu do samych siebie i w fikcyjnej dumie. Niestety nie zanosi się, żeby przestały.