Niepokój
Marta Czabała
To takie Okno na podwórze dla nastolatków, dla tych, co nigdy nie widzieli, lub nie zdają sobie sprawy z istnienia oryginału. Pełno tutaj charakterystycznych gadżetów, ciał w bikinii i komputerowej techniki. Nie braknie też krwi. I chociaż Hitchcock pewnie pozwałby twórcę do sądu, sam film trzyma się nieźle i naprawdę porządnie straszy.
Ten pół gatunek zapoczątkował Alfred Hitchcock. Kręcąc w 1954 roku Okno na podwórze nie dysponował praktycznie żadnymi możliwościami w zakresie efektów specjalnych. Nie było spektakularnych wybuchów ani morza krwi, nie było pirotechniki ani komputerów, niemniej jednak ze strachu siedziało się na brzegu kinowego (wtedy znacznie mniej wygodnego) krzesła. Hitchcock był, jest i jeszcze pewnie długo będzie absolutnym mistrzem budowania filmowego suspensu. Oglądając ten film (jak i wiele innych mistrza) 50 lat po nakręceniu, ja dalej boję się okropnie.
Okno na podwórze to świetna historia mężczyzny, który po złamaniu nogi, spędza czas na podglądaniu swoich sąsiadów. Pewnego dnia dostrzega, kiedy jeden z nich zabija swoją żonę. Nie może się ruszyć, wciąga więc w śledztwo swoją pielęgniarkę i dziewczynę. Kiedy sąsiad - morderca zdaje sobie sprawę, że jest obserwowany, zaczynają się emocje nieznane współczesnemu kinu.
W 1998 roku Jeff Bleckner, reżyser niezwykle płodny nakręcił remake filmu, obsadzając w roli głównej sparaliżowanego już wtedy Christophera Reeva. Reeve zagrał na miarę swoich możliwości, a świat pochylał się z honorem przed tym jak bardzo nie poddaje się chorobie.
Jak to jednak w remakach bywa, ten drugi był znacznie bardziej komercyjny i znacznie mniej zaopatrzony w to słynne hitchcockowskie napięcie. Trudno, dzieła nie można zrobić po raz kolejny. Można jedynie zrzynać pierwowzór.
I ten pierwowzór zerżnął właśnie D.J Caruso, reżyser nowego "okna" czyli filmu Niepokój. W ramach dostosowania się do wymagań współczesnego Hollywood, bohaterami uczynił nastolatków z przeciętnej szkoły średniej, a złamaną nogę czy paraliż zastąpił areszt domowy, czyli zakaz oddalania się więcej niż 100 stóp od nadajnika. Taką właśnie karę dostaje nasz główny bohater Kale (Shia LaBeouf), który w ramach odreagowywania traumy rodzinnej (tragiczna śmierć ojca na jego oczach) daje w zęby swojemu nauczycielowi hiszpańskiego. Za ten właśnie siniak ma przesiedzieć w domu 3 wakacyjne miesiące. Jako iż zdesperowana zachowaniem syna matka odcina mu ukochane zabawki (komputer oczywiście), tnie nożyczkami kabel do telewizora, Kale nie ma wyboru jak tylko zacząć szpiegować sąsiadów. I nie dość, że od razu zauważa nową sąsiadkę Ashley to jeszcze zaczyna (całkiem słusznie) podejrzewać sąsiada o mordowanie rudowłosych kobiet, które na ich zgubę dają się zaprosić mu do domu. Jako iż sam wyjść z domu nie może, w śledztwo angażuje właśnie Ashley oraz przyjaciela Ronalda. Efekty i wynik śledztwa ... wiadomo jaki.
Porównywać dzieła Caruso do Hitchcocka byłoby zbrodnią, pozostanę więc przy ocenieniu filmu jako konstrukcji samodzielnej. I samodzielnie, jako film dla tzw. generacji nastoletniej (i trochę starszej) Niepokój trzyma się całkiem nieźle. LeBeouf, lansowalny ostatnio na gwiazdę nowego pokolenia, jest tutaj naprawdę przyzwoity, nie przesadza, nie jest nachalny, nie wchodzi w tak znienawidzony przez mnie motyw nastolatka buntującego się po życiowej traumie. Bardzo podobał mi się, absolutnie wcześniej mi nie znany Aaron Yoo, bo to właśnie on grą i rolą dodawał całości elementu lekkości i komedii.
No i wreszcie David Morse. Wiecznie niedoceniony, obsadzany w drugoplanowych rolach, wielki talent. To on jest motorem, dźwignią i klejnotem tego filmu. Wystarczy jedna jego mordercza mina a umieramy z niepokoju. Jest nieźle.
W Niepokoju wcale nie chodzi o to jak sam film się skończy. Ci, którzy chodzą do kina częściej niż raz na dwa lata, zakończenie przewidzą w ciągu pierwszych 20 minut. Sam w sobie film trzyma się nieźle, miejscami nawet bardzo dobrze, bo jest straszny tam gdzie trzeba i nigdy nie przesadzone. Caruso buduje napięcie w odpowiednich momentach, stopniowo, w kulminacyjnym momencie serwując nam ostrą i czasami krwawą kulminację. Bywa, że zamykamy oczy, bywa, że patrzymy przez na ekran przez szpary między zakrywającymi nasze oczy rękami. Bywa nieźle, bywa bardzo dobrze.
Obejrzałam film z przyjemnością. Nie będę czepiać się niczego. Nie mam za co. To dobra, sensacyjna rozrywka, odpowiednia dla wielbicieli thrillera, nawet tych wybrednych. Czysta przyjemność. Nic dodać, nic ująć.