Twarda sztuka
Marta Czabała
Z powodów niewątpliwie marketingowych, na filmie Twarda Sztuka popełniono popularną ostatnio zbrodnię marketingową. Puszczany w kinach trailer definitywnie sugerował nam romantyczną komedię o miłości i różnicy pokoleń. Nic bardziej mylnego. W rzeczywistości jest to komedia uszyta na mocnej bazie dramatu, miejscami przerysowana, ale w gruncie rzeczy całkiem strawna.
Całość to konflikt trzech pokoleń kobiet. Georgia (Fonda) to najstarsza z nich, będąca zresztą w wieloletnim konflikcie z córką Lilly (Hoffman). Lilly z kolei, nie mogąc znieść wybryków nastoletniej córki Rachel (Lohan) postanawia wywieźć ją właśnie do własnej matki aby w nudnym dla kobiety Idaho znalazła może jakąś śladową ogładę.
Ciekawy pomysł i na pewno nieźle zrealizowany. Podstawą jest oczywiście niezłe aktorstwo. Fonda, mimo upływu lat dalej jest na wysokim poziomie, chociaż może nie dostaje już równie ambitnych ról co kiedyś. Lohan, zdecydowanie przeze mnie nie lubiana jest w Twardej Sztuce co najmniej niezła, a Huffman (zdecydowanie w filmie najlepsza) jest bodajże jedną z najlepszych aktorek jakimi dysponowało Hollywood. Nawiasem mówiąc, szkoda, że tak późno odkrytą dla świata. Trzy obecne na ekranie panie mają swoje role z których się wywiązują, nie przerysowując swoich postaci, grając w sposób stonowany i na w miarę wysokim poziomie.
A sama historia? Zważywszy na to, że film wyreżyserował Garry Marshall, znany światu dzięki bardzo ckliwym ale bardzo sprawnym komedyjkom, tutaj wielu z nas oczekiwało samego śmiechu. I być może, gdyby Marshall pozostał przy motywie zderzenia międzystanowych kultur, Twardą Sztukę oglądałoby się z większą przyjemnością, niemniej jednak bez konieczności myślenia o zawartości filmu. Dzięki elementom dramatycznym możemy w bohaterkach Twardej Sztuki, w ich problemach odnaleźć chociaż cząsteczkę relacji w swoich rodzinach. Z perspektywy świeżo upieczonej "dorosłej" córki ja wiem o tym na pewno.
Ale czy do Twardej Sztuki wrócę? Może kiedyś. Dla aktorek, dla krajobrazów, dla przypomnienia sobie małomiasteczkowej amerykańskiej mentalności. Tak żeby przypomnieć sobie dlaczego cieszę się, że mieszkam w dużym mieście.