Ultimatum Bourne'a
Marta Czabała
Matt Damon powraca kolejny raz aby jedną ręką rozłożyć na barki całe CIA. Potem ratuje dziewczynę, tą samą ręką przeładowuje broń aby potem zszyć sobie ranę po kuli wielkości krateru. Producenci filmowi znowu wierzą w naszą naiwność. A może stawiają na młody niedoświadczony wiek. Pech dla tych, co już parę dobrych lat mają.
Podobno są tacy co przygody Jamesa Bourne'a przyrównują do Jamesa Bonda. Nie wiem naprawdę co im przyszło do głowy. Bond, elegancki i nieskazitelny, wspaniały w każdym momencie jest jednak całkowicie satyryczny, nieprawdziwy i dlatego przyjemny w oglądaniu. Bourne ma być super prawdziwym szpiegiem, wykwalifikowanym i wyhodowanym przez CIA, które wykorzystywało go do swoich celów. Trochę jak zbuntowany produkt.
Tym razem wraca aby dokonać ostatecznej zemsty. Ostatecznie dokopać swoim wrogom. Infiltruje kolejne stopnie CIA, codziennie jest w innym kraju, zdejmuje swoją wyszkoloną ręką kolejnych wrogów. Jest niezniszczalny, a jeżeli już zostanie postrzelony to sam wyjmuje sobie kulę i zaszywa naczynka krwionośne. Potem rusza dalej, a wszyscy pozostali agenci padają trupem już widząc jego twarz na ekranie monitora.
Bajeczka, taka sama jak poprzednie dwie części. Paul Greengrass, reżyser obrazu postawił przede wszystkim na bójki, oszałamiające pościgi i ... zdjęcia kolejnych miast z lotu ptaka. Wszystko zostało nakręcone na wpół statyczną kamerą, co przy dużym ekranie doprowadza nas do filmowego oczopląsu. Wszystko jest za głośne, za szybkie i miejscami zbyt jednak naiwne.
A co z resztą? Sama historia ma z góry przewidywalny koniec, trzeba się więc skupić na tym co dookoła. Aktorstwo jest przyzwoite, chociaż brak emocji i chociażby ruchu mięśni twarzy u Damona bywa irytujące. Znacznie lepsi są przyparci przez niego do muru agenci CIA, grani przez Davida Strathairna, Scotta Glenna czy też - moim zdaniem najlepszy - demoniczny Albert Finney. Tworzą tak wyraziste tło, że patrzy się na to miło i zainteresowaniem, chociaż bez specjalnej filmowej ekstazy. Tak to niestety jest, kiedy ma się lat niemalże trzydzieści i zdecydowanie nie jest się chłopcem. Pech?
Jest niestety jeszcze jedna książka o przygodach nieustraszonego Jasona. Dziedzictwo Boruna odgrzebuje dokładnie ten sam motyw, znany nam już z pozostałych części. Nie wątpię więc ani przez chwilę, że sam szpieg jeszcze zagości na naszych ekranach. Oby tylko w Hollywood dali nam chwilę po części trzeciej odczekać.