Wiem kto mnie zabił
Marta Czabała
Są takie czasy, kiedy w kinie przyjdzie nam oglądać coś, co dosłownie wmuruje nas w kinowe fotele. Coś, co porazi nas od pierwszej minuty aż do samego końca. Absurdalnością i infantylizmem. W tych dwóch kategoriach film Wiem kto mnie zabił powinien dostać wszystkie dostępne nagrody świata.
Miało być mrocznie, wyszło tak absurdalnie, że miejscami śmiesznie. Domorosły reżyser, odpowiedzialny wyłącznie za kilka filmów klasy E postanowił zrobić coś, co jego mniemaniu ma dorównać filmom co najmniej oscarowym. Co z tego, że za zżynanie pomysłów powinien być pozwany do sądu przez Davida Lyncha, co z tego, że scenariusz jest wyjątkowo debilny. Pchamy do przodu.
Zatrudniona do głównej roli Lindsay Lohan postanowiła chyba zerwać z wydumanym wizerunkiem słodkiej dziewczynki (jakby ktoś w niego jeszcze wierzył) i przyjęła rolę, gdzie może do woli przeklinać a co więcej, w dobrych paru scenach może zachęcająco powić się na rurze do striptizu. Ona sama gra (słabiutko) Aubrey Fleming / Dakotę Moss, osobę niespecjalnie zdefiniowaną, która w wyniku porwania przez psychopatycznego mordercę traci nogę i rękę, mając jednocześnie problemy z określeniem kim jest naprawdę. W małym prowincjonalnym miasteczku rozpoczyna swoje dochodzenie, biegając dookoła z doczepioną ręką i nogą, w której wiecznie kończą się baterie...
Wiem, kto mnie zabił to świetny materiał na film parodii i absurdu, taki przeznaczony wyłącznie do rozśmieszania widzów swoją opowieścią. Autor scenariusza Jeff Hammond powinien za to dzieło zostać na wieki wieków wyklęty z Hollywoodzkich kręgów, bo swoje pierwsze w życiu dzieło napisał chyba pod wpływem prozacu i alkoholu, upijając się z Lindsey Lohan na jednej z jej imprez. Będę czujnie śledzić jego przyszłe dokonania, kto wie, może napisze coś jeszcze bardziej absurdalnego. Bo absurd w jego opowieści goni poprzedni i ucieka przed kolejnym. W szczególności polecam wszystkim scenę, gdzie Dakota nagle budzi się z odciętą nogą i ręką po czym samodzielnie wybiera się do sąsiedniego miasta w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytania. Powiem tylko, że nogi nie odnaleziono.
Do rozpaczy doprowadziła mnie też okropna maniera wydłużania tej groteskowej opowiastki. Siverston wymyślił sobie chyba, że będzie ambitny, tylko pomysł zerżnął niemiłosiernie dosłownie z Lyncha. Tam była róża czerwona, tutaj jest niebieska. Jej płatki potrafią spadać na nasze znudzenie nawet przez dobre kilka minut. Nie wiem po co, bo klimatu to nie ratuje. Przedłuża za to film podejrzewam nawet o kilkanaście minut.
Mimo iż korci mnie niezmiernie, nie zdradzę ABSURDU największego, czyli pseudo wyjaśnienia całej sytuacji. Bynajmniej nie dlatego, że zalecam przekonać się samemu. Wręcz odwrotnie, polecam raczej zapytać się tych, co mieli wątpliwą już przyjemność w seansie uczestniczyć. Niech powiedzą. To zresztą historia, która rozrusza najlepszą imprezę.