Aleksander Kropiwnicki "Zajezdnia Londyn"
Marta Czabała
Dawno żadna książka nie zirytowała mnie równie mocno. Autor chyba na tyle zraził się do Londynu, że postanowił udowodnić nam, iż zarobkowo wyjeżdżają tam tylko zdesperowani ludzie z marginesu i skrajna biedota a wszystko to kończy się tragicznie. W dobie afer goniących afer zaczynam wierzyć, że Zajezdnia Londyn to idealna propaganda braci Kaczyńskich mająca na celu zatrzymanie nas w kraju.
Wydawnictwo: Branta , Lipiec 2007
ISBN: 978-83-60186-57-2
Liczba stron: 136
Wymiary: 150 x 210 mm
"Bohaterowie są postaciami typowymi - tzn. każda z nich reprezentuje pewien typ Polaka (Polki) obecny i często spotykany w Londynie, dzisiejszej stolicy świata" - tak oto wydawnictwo BRANTA prezentuje książkę Aleksandra Kropiwnickiego. Oto mamy siedem FIKCYJNYCH historii, o ludziach, którzy zdecydowali się na wyjazd do Londynu. Co ich łączy? Poza ostatnią historią o smutnej studentce medycyny to przede wszystkim brak perspektyw, brak pracy i przyszłości w rodzimym kraju. Ale Londyn, który - jak podstępnie sugeruje nam autor - wcale nie jest rajem a wręcz odwrotnie; wyjeżdżając masz większe szanse stracić wszystko (materialne i niematerialne), być obdartym z nadziei i odkryć, że życie jest jeszcze gorsze niż poprzednio.
Już nie wiem co rozeźliło mnie najbardziej. Chyba fakt, że kreowany przez Pana Kropiwnickiego wizerunek imigranta przypomina żywcem ten, jaki mieliśmy w czasach kiedy ludzie pod ciężarówkami uciekali od komuny na zachód. Teraz jednak - zdaniem autora - tych co uciekają spotka straszny zawód, tak że docenią jak dobrze było im wcześniej na świecie. Kolejni bohaterzy Kropiwnickiego są nieszczęśliwi, znacznie bardziej niż byli wcześniej. Są oszukiwani przez pośredników, naiwnie wykorzystywani, niemalże jak marionetki w rękach zawodowców. Zostają pozbawieni wszelkiej nadziei na szczęście. Nawet dobrze zapowiadająca się historia młodej polskiej studentki medycyny też kończy się zawodem, przecież odkrywa ona, że sama nie doceniła rodzimego kraju. Mam mówić dalej? Lepiej chyba nie.
I jeszcze jedno. Ów "lekki, dziennikarski język" jakim podobno ma się posługiwać autor to przykład definitywnego pomylenia lekkości, z wulgaryzmem rodem spod budki z piwem. Chociażby "no nic, chodzi się do ogródka, potem się czarny piekli, że mu obsrywamy ogródek, raz mi taką gadkę zasunął, a ja mu na to, weź się piernicz, tylko załatw więcej kibli, postaw na ogródku, to na trawie będziesz miał czysto". Czy lekki język musi równać się niesmacznym zwrotom, nie nadającym się do cytatu nawet w brukowcu?
Nie wiem kogo autor obrał sobie za grupę docelową i po co właściwie napisał książkę. Jeśli ma to być poradnik (ostatnie strony poświęcone są informacjom o sprawach zatrudnieniowych w Wielkiej Brytanii), to wszystkie te historie są niepotrzebne. Jeśli Zajezdnia Londyn ma przestrzegać młodych przez podróżą zarobkową na zachód, na pewno nie ma szans, bo młodzi ludzie, często dobrze niż lepiej wykształceni mają głowy na karku. Być może książka Aleksandra Kropiwnickiego przypadnie babciom, na co dzień zamartwiającym się o swoje wiecznie nieobecne wnuki i prawnuki. Ta publikacja jest bez sensu, nikomu nie radzę nawet spojrzenia na okładkę.
Ja przeczytałam z obowiązku. I znając osobiście wiele osób, które a Londynie odniosły sukces, mają rodziny, pracę i to przysłowiowe szczęście poczułam się absolutnie oburzona. Odradzam czytanie wszystkim.