Państwo młodzi: Chuck i Larry
Paweł Rzenecki
Przyjemna żonglerka amerykańskimi stereotypami homo/hetero, gruby/chudy. Trochę nierówne, bo w pierwszej części śmiejemy się głośno, tylko po to aby w drugiej połowie wysłuchać dydaktycznych wiadomości jak to trzeba wszystkich na świecie kochać. W sumie jednak całkiem znośne. I bardzo amerykańskie.
Chuck i Larry są strażakami. Chuck jest niepoprawnym kobieciarzem, Larry przykładnym i samotnym ojcem dla dwójki swoich dzieci. Obaj przyjaźnią się ponad życie. Kiedy więc Larry prosi przyjaciela, aby ten poprzez wspólny ślub umożliwił mu uzyskanie od Państwa finansowego bezpieczeństwa (ach ten fundusz socjalny), Chuck godzi się udawać geja. To co ma na początku zostać między nimi, staje się wiadomością dla wszystkich a to oczywiście, jak to w Ameryce bywa, zapowiada same kłopoty.
To film AMERYKAŃSKI. Przez bardzo wielkie "A". To przecież Ameryka jest właśnie na pierwszym miejscu w rankingu najbardziej przeczulonych państw w zakresie "politycznej poprawności". I to widać. To także film niezmiernie nierówny. W pierwszej znacznie ciekawszej połowie Dennis Dugan, reżyser filmu całkiem umiejętnie, i co więcej śmiesznie wyciąga stereotypy homoseksualisty, począwszy od uznanego za typowe zachowanie a skończywszy na scenie, gdzie inspektor federalny oświadcza Larremu, że jego śmieci "nie wyglądają zbyt gejowsko". Nasi bohaterowie udają się więc do sklepu, gdzie głęboko zastanawiają się na tym jakie towary mogą być bardziej gejowskie od innych.
W tej części śmiejemy się głośno. Znacznie gorzej jest w drugiej połowie, gdzie Dugan przybiera postawę nauczyciela i moralizatora, chcącego mało ambitną komedią przekazać nam przesłanie o światowej tolerancji. Apogeum przesłania (bo przecież aluzje byłyby mało zrozumiałe) jest przemówienie szefa naszych bohaterów Kapitana Tuckera (jeszcze całkiem przyzwoity Ackroyd), który patetycznym tonem oznajmia nam, że kochać należy wszystkich, homoseksualistów, transseksualistów, heteroseksualistów i wszystkich istów jakich spotkamy na drodze. Osobiście nie jestem zwolennikiem przerysowywania idei, szlachetnej, niemniej jednak zbytnio w Ameryce wyeksponowanej. Chodzą słuchy, że w ramach politycznej poprawności, Krzyś w Kubusiu Puchatku zmienił się w nowej edycji w Krzysztofę.
Niemniej jednak sam film spisuję mocno na plus, bo śmiałem się co niemiara. Wybaczam nawet homoseksualny dydaktyzm. Adam Sandler, już zdecydowanie aktor komedii etatowy jest tutaj jak zawsze przyzwoity, mi osobiście jednak bardziej spodobał się (jeszcze nie ograny) Kevin James w roli Larrego. Miło jest popatrzeć na dobrą grę komediową, nawet jeśli z oklepanym scenariuszem. Nie każda komedia może być Przyjaciółmi. Jeśli śmieszy jest w porządku. Obejrzałem z przyjemnością.