Angels Fall
Aleksandra Niepotycka
Telewizyjna produkcja z pogranicza kryminału i sensacji. Jak na swoją kategorię (bardzo B) film całkiem przyzwoity, mimo iż raczej przewidywalny i statyczny. Daje nam jednak tyle, ile od telewizyjnych obrazów możemy wymagać. I zaręczam szczerze, że to wcale nie tak mało.
Od pewnego czasu stałym punktem mojego telewizyjnego programu stają się kinowe odrzutki, czyli filmy na tyle kiepskie lub nisko budżetowe, że nigdy nie zostały wprowadzone do kin, stając się jedynie telewizyjna rozrywką na bardzo nudne wieczory. Określane przez niektórych mianem telewizyjnej klasy B, stały się jednak swoistą kategorią filmową, w której można też bez problemu znaleźć swoiste perełki.
Angels Fall perełką nie jest, jednak w swojej grupie to film na poziomie co najmniej przyzwoitym. Wypożyczony za sumę mniej więcej złotych 10, nie przywołuje skojarzeń tego, co ciekawszego moglibyśmy z tymi złotymi zrobić, tym bardziej więc też chęci mordu reżysera. Jest niezły mimo iż podobny do wielu i raczej przewidywalny.
To taka kryminalna opowieść o przezwyciężaniu traumy. Bohaterka, niejaka Reese (Heather Locklear), cudem wychodzi cało z masakry, w której ginie kilkanaścioro jej przyjaciół. Od tego czasu podróżuje po całym kraju, uciekając przed wspomnieniami i psychicznymi dolegliwościami, które wywołały w niej tragiczne przeżycia. Do czasu jednak kiedy zatrzymuje się w tytułowej miejscowości Angels Fall. Zmuszona do postoju awarią samochodu, zaczyna pracę w miejscowej kantynie i powoli poznaje ludzi z małego miasteczka. I wszystko układa się bardzo przyzwoicie do czasu kiedy przypadkiem nie staje się świadkiem morderstwa, którego sprawca bardzo utrudni jej dalsze, z zamierzenia spokojne życie.
Kto oczekuje w tym filmie niespodziewanych zwrotów akcji, suspensu i szokującego rozwiązania może być nieco rozczarowany. To nie jest kryminał na miarę Agathy Christie, a jedynie przyzwoita sensacyjna historia. Kto ogląda takie filmy na co dzień bez specjalnych trudności będzie w stanie przewidzieć kto odpowiedzialny jest za morderstwa. Nie trudno będzie też przewidzieć scenę końcową.
Tylko czy naprawdę powinniśmy mieć to reżyserowi za złe? W dobie kiedy rocznie powstają setki, jeżeli nie tysiące filmów, szalenie trudno jest stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Zwłaszcza w ograniczonym budżecie oraz z niespecjalnie wybitnymi (delikatnie mówiąc) aktorami. Cieszmy się więc, że za sumę tych 10 złotych mogliśmy pooglądać nie tylko przyzwoity film ale też ładne zdjęcia i całkiem przyzwoitą muzykę. To i tak bardzo dobrze.