Hellboy II: Złota Armia
Ania Nowak
Dobry, chociaż ciut słabszy niż jego pierwowzór. Kolejna opowieść o czerwonym super bohaterze to przede wszystkim fenomenalny pokaz wizjonerski i idealne efekty specjalne. Szkoda tylko, że w scenariuszu nie ma już tyle polotu i dowcipu, bo przyjemność z Hellboya czerpaliśmy przede wszystkim z ciętego dowcipu.
Hellboy to bez wątpienia jeden z moich ulubionych bohaterów komiksowych. Nie dość, że wizualnie przyjemny, ma jeszcze poczucie humoru i ułożone życie osobiste. Ma też oczywiście duże poczucie własnej wartości oraz - co dla mnie jest szczególnie ważne - bardzo lubi koty. Pierwsza część opowieści o czerwonym bohaterze odniosła na całym świecie przeogromny sukces, a błyskotliwy scenariusz i dobre cytaty długo jeszcze pozostawały mi w pamięci. Było dobrze. Dlatego też sequel opowieści powitałam z dużą dozą przyjemności i - gdy tylko odbyła się premiera - ustawiłam się w kolejce do po bilety.
A i w fabule można odnaleźć same przyjemności. Tym razem Hellboy musi zmierzyć się z legendą, jedną z tych o jakich słyszał w dzieciństwie. Niejaki książę Nuada, dotychczas istota mityczna ale oczywiście w rzeczywistości prawdziwa, królewski syn, postanawia bowiem zerwać odwieczny rozejm pomiędzy ludzkim i tym bardziej fantastycznym światem. Uważa, że jego ustalenia były co najmniej krzywdzące a nowy porządek postanawia zaprowadzić za pomocą legendarnej Złotej Armii. Ta ma podobno być niezwyciężona. Aby armię obudzić potrzebuje trzech części złotej korony. Niestety, tym planom sprzeciwia się jego siostra bliźniaczka, która nie przypadkiem ma przy sobie jedną z pożądanych części legendarnej biżuterii. Rozpoczyna się pościg za władzą, w którym aktywną rolę przyjdzie spełnić naszym ulubionym członkom Biura ds. Badań Paranormalnych.
To dobry film. Szkoda tylko, że nie bardzo dobry. Bez wątpienia kolejny Hellboy jest wizjonerskim tworem swojego reżysera, którego styl czyni unikatowym i jedynym. Guillermo del Toro ma niesamowite zdolności plastyczne, wie co chce pokazać i robi to w sposób niewidziany w innych filmach. Kolejne demony, kreatury, duchy i inne indywidua robią wrażenie nieprawdopodobną charakteryzacją i uplastycznionym pomysłem. Przyznać trzeba, że odnoszą efekt strachu, obrzydzenia czy uciechy. Styl del Toro jest też jednak ogromnie charakterystyczny i niestety powtarzalny. Kto oglądał chociażby Labirynt Fauna z łatwością zauważy dokładnie niemalże skopiowane motywy charakteryzacji pozaświatowych bohaterów.
A co z resztą filmu, tą "nieefektowną"? Jeśliby obrać Hellboya z plastyczności Del Toro pozostaje kolejna adaptacja komiksu, fakt, zdecydowanie lepsza niż ich zdecydowana większość, bez wątpienia jednak gorsza niż jej pierwowzór. To bardzo dobrze zmontowany film, świetnie zrobiony i nieźle zagrany. Ogląda się go z dużą ciekawością, bez zmęczenia czy irytacji. Okazjonalne dłużyzny można wybaczyć. W końcu niebawem pójdziemy na pewno na trzecią część przygód czerwonego Hellboya. Ja osobiście nie mogę się już doczekać.