Elegia
Małgorzata Doboszyńska
Historia romansu młodziutkiej dziewczyny z dojrzałym wiekowo profesorem. Opowieść o prawdziwym zaangażowaniu w dojrzały związek i bardzo trudnej miłości. Bez wątpienia opowieść świetnie zagrana - brakuje jej jednak ciągłości fabuły i żywej akcji. Przeciągnięta stagnacja filmowa już położyła i może położyć jeszcze niejeden film. Tutaj niestety powstała filmowa klapa.
David Kepesh (Ben Kingsley) ma problemy z zaangażowaniem się w związki. Od wielu lat rozwodnik, jest idealnym przykładem tego, że niektórzy lepiej powinni żyć w samotności. David jest cenionym wykładowcą i recenzentem sztuki, ma regularne kochanki i niewielkie skrupuły. Do czasu, kiedy na jego wykłady przychodzi młodziutka Consuela Castillo (Cruz), która skutecznie zaprząta jego myśli. Od tego czasu dla Davida przestaje się liczyć wszystko inne, praca, znajomi, nawet rodzina. Obsesyjnie zakochuje się w Consueli, nie bardzo będąc w stanie poradzić sobie z fobią i lękiem dotyczącym związku z młodszą o 30 lat dziewczyną.
Nie jestem fanką prozy Rotha a ta książka też nie wydaje mi się być zdolna do adaptacji. Mówiąc prosto z mostu, za mało tutaj akcji aby zrobić z tego film. Męska część widowni będzie pewnie pod wrażeniem obnażonych piersi Penelope Cruz, które aktorka zdecydowała się pokazać na ekranie. Złośliwi dodawali, że pewnie dostała za to dodatkowy milion dolarów. Sama Cruz jest aktorką przyzwoitą warsztatowo ale bardziej znaczącym elementem w tym filmie pozostaje fakt, iż jest przede wszystkim nieprzyzwoicie wprost piękną kobietą. I to jest w tym filmie najważniejsze. W końcu w dużej mierze chodzi tutaj o kontrast jej urody z wyglądem i wiekiem profesora. I to udaje się osiągnąć.
Ben Kingsley robi co może, stwarzając postać dramatyczną na miarę filmu przeciętnego/ przyzwoitego. Jest aktorem wielkim i dzisiaj nikt już chyba nie ma odwagi aby poddawać to w wątpliwość. Jednak nawet wielki aktor nie stworzy kreacji niepowtarzalnej jeśli nie ma do dyspozycji co najmniej dobrego scenariusza. Ten niestety zawodzi tutaj na całej linii, jest zbyt statyczny i miejscami niemiłosiernie wprost rozciągnięty. Dwie godziny to zdecydowanie za dużo aby przykuć nasza uwagę, nawet jeśli w filmie grają aktorzy dobrzy, mieniący się dramatycznymi.
Mnie osobiście ten film nie porwał. Ba, miejscami trudno było mi ukryć swoją irytację, spowodowaną poświęceniem scenariusza na rzecz obrazu, pejzażu czy symboliki. We wszystkim trzeba mieć umiar i na wszystko znaleźć równowagę. Reżyserka Elegii, Isabel Coixet najwyraźniej z balansu rezygnuje. Efektem tego, film bardziej przypomina sztukę teatralną czy też statyczny obraz, ciężki, nużący, taki na który nie możemy zbyt dużo patrzeć. Chemia i seksualność miedzy bohaterami wydaje się być zbyt wydumana, zbyt sztuczna. Dopiero ostatnie sceny zdają się być prawdziwe i to one w małej mierze ten film ratują. To nie jest dzieło wybitne, ba nie jest nawet bardzo dobre. Elegia to jedynie znacznie gorsza niż jej literacki odpowiednik produkcja hollywoodzka, nieźle zagrana, taka jednak o której dla własnego zdrowia psychicznego lepiej jest jak najszybciej zapomnieć.