Perspektywa
Małgorzata Kobus
Byłam ostatnio na dwóch ślubach. Siedząc w chłodnym kościele na twardej ławie, naszło mnie kilka refleksji. Chociażby taka, że kiedyś będąc w takich okolicznościach, chłonęłabym natchniona każde słowo i każdy moment tej, jakże przecież wzniosłej uroczystości. A na pewno już nie rozmyślałabym o tym, o czym za chwilę napiszę.
Bo kiedyś taka uroczystość była dla mnie czymś wyjątkowym, niezwykłym i pełnym magii. I jak każda dziewczyna marzyłam o pięknej sukni z welonem, czarującym mężczyźnie u boku oraz życiu jak w bajce. Teraz to wszystko straciło trochę ze swojego majestatu, lecz myślę, że wynika to przede wszystkim z mojego podejścia do sprawy.
Moje cyniczne nieco, a na pewno bardzo sceptyczne spojrzenie na małżeństwo spowodowało, że zupełnie nie wierzę w jego trwałość i sens. Dlaczego? Osobiście nie znam żadnego (czytaj dużymi literami!) dobrego małżeństwa. A te które znam i u których można zobaczyć jakąś namiastkę miłości, szacunku czy zaufania, nigdy nie posiadają tych wszystkich cech jednocześnie. Szkoda. Stąd też moje dziwne i dla większości niezrozumiałe podejście do sprawy. Sądzę jednak, że małżeństwo niczego nie zmienia, a już na pewno nie na dobre. Na pocieszenie dodam, że zdarzają się fajne związki i zawsze każdemu kibicuję, a trochę nawet zazdroszczę.
A propos zazdrości, to kiedy słyszę od kolejnej podekscytowanej koleżanki: "Zaręczyłam się!/Wychodzę za mąż!", to z reguły kwituję to dość enigmatycznie: "Gratuluję, ale nie zazdroszczę". Już nie zazdroszczę...
Perspektywa patrzenia na pewne sprawy zmienia się niemal niepostrzeżenie. Nagle widzimy coś w zupełnie innym świetle i nagle to, co nas kiedyś fascynowało, teraz budzi respekt i odwrotnie.
Dlatego mimo, iż jestem zafascynowana pięknym Krakowem, bo tu mieszkam i żyję, to jednak wiem, że te wszystkie galerie handlowe, to życie towarzyskie, te "gwiazdy", które można spotkać na ulicy, nijak się mają do światowych metropolii. I choć Kraków czy Łódź kilka lat wcześniej były dla mnie odzwierciedleniem wielkomiejskiego szyku, z tłumem ludzi, kinami, sklepami i całym tym blichtrem, to teraz wiem, że są jedynie namiastką tego, co można zobaczyć na Zachodzie. Nowy Jork, Berlin czy Wiedeń na tle naszych "metropolii" prezentują się naprawdę imponująco. Tak więc kiedy słyszę przechwałki naszych rodzimych "gwiazd i gwiazdek" o ich życiu nocnym i towarzyskim, o "spektakularnych" pokazach mody, o "wspaniałych" premierach filmowych upiększonych obowiązkowo czerwonym dywanem, bardzo się od tego dystansuję.
Na tym tle nie dziwi fakt, że pewien znajomy zdenerwował się, gdy jakaś "milusia panienka" stojąca przy wejściu do najlepszego (nie wiadomo w czyim mniemaniu) klubu w mieście, nie chciała go wpuścić, gdyż nie był szczęśliwym posiadaczem karty klubowej. A on się śmieje, gdyż bywał w klubach, jakie my możemy jedynie oglądać w kolorowej prasie przy okazji czytania artykułu o nocnych eskapadach Britney Spears i Paris Hilton. Ciekawe, że ludzie tak łatwo uzurpują sobie prawo do oceny innych i tak bardzo podatni są na ten gwiazdorski blichtr.
Muszę przyznać, że z perspektywy czasu uważniej przyglądam się ludziom; staram się ich filtrować. Kiedyś byłam bardziej stonowana w swoich ocenach, a teraz nie boję się wyrażać nawet najbardziej krytycznych opinii. Jednak z drugiej strony trochę "zmiękłam" i jestem łagodniejsza dla tych, na których mi zależy. Patrząc bowiem z perspektywy czasu (a jak wiadomo czas leczy rany), nie mogę mieć żalu do tego świetnego Chłopaka, chociaż nie zawsze było miło... Jednak, jeśli ktoś kogoś traktuje wyjątkowo - nawet przez chwilę - trudno o tym tak po prostu zapomnieć.
Ciekawe, że człowiek musi przejść przez życie kilka dorosłych lat, miotając się wśród pseudo-przyjaciół, plastikowych znajomych i tym podobnych podróbek, by wreszcie stwierdzić, że najważniejsi są bliscy i to, że zawsze i niemal bezwarunkowo można na nich polegać.
Kiedyś tego nie doceniałam, a wynikało to po trosze z naiwności w stosunku do ludzi i świata, a po trosze z niedojrzałości. Teraz wiem, że ludzie bywają zimni jak lód, a świat nie przedstawia się tylko w bajkowych kolorach. Obojętność, okrucieństwo i obłuda - tym wydaje się być naznaczona dzisiejsza rzeczywistość. Mi to nie odpowiada i ja się z tym nie godzę. Dlatego uważam, że mam dużo szczęścia, gdyż otaczają mnie ludzie p r a w d z i w i oraz wyjątkowi. I pełni energii, którą kontakt z nimi mnie również napełnia.
Przewrotnie trochę mogę powiedzieć, że to nie ci są bliscy, z którymi wiąże nas pokrewieństwo, lecz ci, co nie zawahają się podać ręki w potrzebie i powiedzieć życzliwe słowo. Dlatego tak zależy mi na tych, którzy pozwalają mi się czuć przy nich wyjątkowo, choć pewnie nie raz jest to trochę na wyrost.
Bo przecież moja Przyjaciółka nie musi mi co dzień mówić, że jestem mądra, a dla niej absolutnie niezastąpiona. Moja Mama nie musi mnie otaczać tą cudowną i jedyną w swoim rodzaju - bo czystą i bezinteresowną - matczyną miłością. La mia sorella nie musi znosić moich fochów, a przy tym tak bardzo troszczyć się o mnie i wiecznie martwić się o moją mało klarowną przyszłość uczuciowo-zawodową. Mój Przyjaciel nie musi być na każde moje zawołanie i spełniać wszystkie moje dziwaczne fanaberie. A ten Chłopak nie musi się odzywać, bo i tak zrobił więcej niż mogłabym oczekiwać.
Jednak oni wszyscy są, a świadomość tego powoduje, że perspektywa dalszego życia jest cudowna. Bo kim byśmy byli bez tych, w których oczach możemy się przejrzeć i dostrzec swoją wielkość, swoje słabości, samych siebie. Prawdziwych.