Rok 1612
Marta Czabała
Szalenie nierówny i chaotyczny film. Ponad dwugodzinna opowieść o wielkiej Rosji, złych Polakach i podobno ogromnej miłości jest ostatnią dumą Rosjan, mających wobec filmu nadzieje oscarowe. Niestety, sztuczna i niejasna fabuła, nieprawdziwa scenografia i w większości marne aktorstwo czynią z tego filmu jedynie obraz przyzwoity.
Ale przyznać trzeba, że czym dalej tym lepiej. Pierwszą godzinę filmu proponuję bowiem darować sobie całkowicie. Trudno określić po co się tam znajduje. Chaotyczne kilkadziesiąt minut ma chyba na celu ustanowienie tła dla całej historii. Część - chyba z braku pomysłu czy pieniędzy - opowiedziana jest za pomocą przewracanych kartek książki. Część to zlepek scen, niczym ze sobą niezwiązanych, średnio zagranych, na pewno zaś pogmatwanych niemiłosiernie.
Potem przyznaję jest już trochę lepiej. Po godzinie zaczynamy zrozumieć, że Rok 1612 to opowieść plus minus historyczna o pobożnym i walecznym ludzie rosyjskim, wojnie z Polakami oraz o poszukiwania odpowiedniego człowieka na tron cara. Mamy tutaj potencjalną carównę Ksenię (Violetta Davydovskaya), przewożoną do Moskwy przez nikczemnego w zamiarach (a jakże) Hetmana (Żebrowski). Mamy chłopa Andreykę, darzącego Ksenię bliżej niesprecyzowanym uczuciem z pogranicza miłości i poddaństwa. I to właśnie Andreyka stanie się kluczowym ogniwem w wydarzeniach historycznych Rosji, wszystko zaś odbędzie się w chwale wielkich i spektakularnych bitew, wybuchów i religijnych deklaracji.
Efekty zawodzą niemalże od pierwszej sceny. Zdecydowanie nie zgadzam się z określeniem "spektakularnie zrobione bitwy". W dobie kiedy Amerykanie dopieszczają każdy szczegół masowych scen a budżet mają niemalże bez końca, te rosyjskie wydają się jedynie mierną kopią zachodnich sąsiadów. Scenografie wydają się sztuczne (papierowe domy), wybuchy jakieś nierealne a narzucona nam przez reżysera symbolika (idiotyczny motyw jednorożca) jest wybitnie irytująca.
Przyznam jednak, że - kiedy orientujemy się już o co w filmie chodzi - ogląda się go już znacznie lepiej. Mimo nieprzyzwoitej wprost długości, całość raczej się nie dłuży, ba jest nawet wręcz odwrotnie: wraz z każdą kolejną minutą film Chotinienki bardziej przypada nam do gustu. Bo może sensu w nim wiele nie odnajdziemy. Może nie zostanie nam w pamięci. Na pewno jednak stanie się jakimś krokiem do przodu w rosyjskim kinie, na co dzień raczej nie masowym i mało promowanym. I na pewno przyciągnie do kin znaczącą publiczność.