Bękarty Wojny
Marta Czabała
Świetny, poruszający film, na dodatek fenomenalnie zagrany. Historia fikcyjna ale jakby historyczna, wciągająca, niejednokrotnie też mocno przerażająca. Wielki, niepowtarzalny film i ostateczne świadectwo na wielkość twórcy jakim jest Quentin Tarantino.
Być może się narażę ale powiem od razu, że wielbicielką filmów Tarantino nie jestem. Ledwo przeżyłam Pulp Fiction, Kill Bill zmęczył mnie po niecałej godzinie. No dobrze, lubiłam Grindhouse. Tarantino nie jest moim pierwszym wyborem do kina ale nawet ja jestem w stanie przyznać, że umie robić inteligentne, ambitne, świetnie skonstruowane filmy. Nie dla tzw. masowego widza, jednocześnie jednak przyciągające tłumy. Ostatecznym dowodem są na to Bękarty Wojny.
O Bękartach głośno było na długo przed tym jak reżyser nawet zabrał się za kręcenie filmu. W dobie politycznej poprawności, nieprawdopodobnym wydawało się iż, ktoś ośmielił się nakręcić coś o żądnych krwi, brutalnych Żydach. Na dodatek całkowicie niezgodny z prawdą historyczną. Media z lubością raportowały kolejne protesty. Te deklarowali chyba wszyscy, chociażby stowarzyszenia żydowskie oburzone odmiennym niż historyczne spojrzeniem na ich naród czy historycy oskarżający Tarantino o wypaczanie historii. Nawet Polacy dopatrzyli się w filmie obraźliwej dla siebie sceny.
A Tarantino jak zawsze miał wszystkich gdzieś i jak zawsze robił swoje. W końcu krytyka jak mało co robi filmowi reklamę. Napisał i wyreżyserował niepowtarzalny film. Nagiął historię, owszem ale nigdy tego nie ukrywał. I snuł fikcyjną ale pasjonującą historię. Tytułowe Bękarty to oddział żołnierzy, który pod przewodnictwem Aldo Raine'a rusza przez Francję tropiąc metodycznie niemieckich żołnierzy. Bękarty nie są zainteresowane braniem zakładników, jedynym ich celem jest zabijanie jak największej ilości Gestapowców, na dowód czego kolekcjonują zresztą ich skalpy. Mają reputację bezlitosnych i skutecznych, być może dlatego więc właśnie alianci decydują się na zaangażowanie ich w wielką i ważną operację "kino". Stawka jest duża, być może uda się nawet zakończyć wojnę...
Ponad 150 minutowy film to wyzwanie dla kinomana. Ale dla Tarantino można zrobić wiele. Na dodatek reżyser jakby z premedytacją rozciąga kolejne sceny, tym samym do niemożliwości wprost podnosząc napięcie. W punkcie kulminacyjnym, ze zdenerwowania siedzimy na brzegu krzesła, nie liczy się już nikt i nic tylko film. Tarantino ma zdolność do wynajdywania najlepszych aktorów i wydobywania z nich nieprawdopodobnego potencjału. Wszyscy bez wyjątku są w tym filmie wspaniali, jednak jest wśród nich kilka prawdziwych aktorskich diamentów. Brad Pitt, który już dawno udowodnił wszystkim iż jest doskonałym aktorem, tutaj wchodzi na nieznany mi wcześniej poziom aktorstwa. Nonszalancki, ze zbyt przesadzonym akcentem, przyciąga uwagę. Świetna jest Diane Kruger, rewelacyjny jak zawsze Eli Roth. Wszyscy oni jednak bledną przy wirtuozerskim popisie jaki swoim aktorstwem daje Christoph Waltz w roli Pułkownika Hansa Landy. Wcześniej nieznany w Hollywood, jest największym i najjaśniejszym skarbem tego filmu i jak magnez skupia na sobie widza. Jego twarz to istny wulkan emocji, w jednej chwili zmieniający się ze skrajności w skrajność. Raz groźny, zaraz potem śmieszny, Landa Waltza jest tym filmie w każdej kategorii najlepszy.
Ale świetne jest w tym filmie wszystko. To po prostu wyborny kawałek kina. Kolosalnym nieporozumieniem wydaje się porównywanie tego filmu z Walkirią. Tandetny i sztywno zagrany film łączy z Bękartami jedynie tematyka drugiej Wojny Światowej. Nie ta klasa, nie ta jakość. Nie można przeciętności stawiać na równi z dziełem. Sam Tarantino żartuje kiedy inni przypisują mu stworzenie arcydzieła ale ostatnia scena może świadczyć o czymś innym. To bez wątpienia jego najlepszy film. Jeśli już nie arcydzieło to chociażby wielkie dzieło. Przez bardzo duże filmowe D.