Niewidzialny
Małgorzata Doroszyńska
Potencjalnie świetny film ale samo wykonanie mocno rozczarowuje. Kiepsko zagrany, nie trzymający napięcia pozostawia widzów z mocnym poczuciem niedosytu. Dobre momenty można dosłownie policzyć na palcach jednej ręki.
Niewidzialny to amerykański remake szwedzkiego thrillera o brutalnie napadniętym chłopcy, który po napadzie odkrywa, że nikt go nie widzi. Osobiście śledzi poszukiwania swojej osoby przez policję. David S. Grover nakręcił jego wersję amerykańską, za grupę docelową wybierając sobie raczej mało wybredną widownię lat naście.
Historia jest w zasadzie taka sama. Nick Powell (Chatwin) niesłusznie pada ofiarą zemsty nastoletnich bandytów. Ta, zakończywszy brutalne pobicie, przekonana o tym, że chłopaka zabiła, wrzuca Nicka do leśnej studni.
Chwilę później Nick odnajduje się w szkole, na normalnych zajęciach. Tam ze zdumieniem zauważa, że nikt go nie widzi. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, odwiedza przeróżne miejsca, szukając odpowiedzi na pytania, które co rusz wpadają mu do głowy. Postanawia między innymi prześladować swoich prześladowców, co z kolei prowadzi do jeszcze innego interesującego odkrycia...
Jeśli to miał być film sensacyjny to wypadł naprawdę kiepsko. Jeśli elaborat dramatyczno - moralistyczny wypadł jeszcze gorzej. David S. Grover, znany z takich sieczek jak np. kolejne części serii Blade, czy chociażby z naprawdę durnego Ghost Ridera chciał chyba pokazać nam wszystkim, że jest wrażliwym, młodym człowiekiem, refleksyjnie myślącym o życiu i tym co będzie po nim. Nie przewidział chyba tylko, że kompletnie nie umie tego zrobić. Film jest nieudolnie skonstruowany, nierówno prowadzony a braki doświadczenia scenarzystów widać bodajże w każdej kolejnej stopklatce. Przez większość filmu Nick snuje się po ekranie absolutnie bez sensu, jest statyczny i nieciekawy do oglądania. Grający go Justin Chatwin jest typowym produktem pokolenia MTV, odpowiednio przystojny, niemniej jednak aktor z niego jest co najmniej nijaki. Już znacznie lepiej w tej spółce wypada Margarita Levieva a w roli Annie i to właśnie ona jest ostatecznym czynnikiem powstrzymującym nas przed wyjściem z kina. Miła, świeża twarz i przyzwoita gra aktorska a jednocześnie najjaśniejszy element całego filmu.
Co zostaje? Muzyka, niezła, chociaż zbyta agresywna jak na ten gatunek filmu. Zostaje też kamera, niestety miejscami nie umieszczona na statywie, co dałoby nam spokój a tutaj tylko trzęsie naszymi głowami. Ten film męczy. I nie nadaję się na żadne okazje. Nawet na wizytę znienawidzonych gości. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi.