Grindhouse vol. 2: Planet Terror
Marta Czabała
Każdy człowiek ma inne limity wytrzymałości. Jedni mogą obejrzeć więcej, drudzy mniej. Jedni kochają krew w horrorach, inni nie mogą na nią ani na same horrory patrzeć. Różnie bywa. Jednak nie przy nowym filmie duetu Tarantino - Rodriguez. Zaręczam, że tego nie wytrzyma w całości nikt bo w filmie miejscami tak obrzydliwym wprost trzeba zamknąć oczy.
Nie da się ukryć, że na ten film czekało wielu. W Stanach Zjednoczonych projekt Tarantino - Rodriguez wchodził na ekrany kin pod rękę, my jednak mogliśmy obejrzeć tylko pierwszy grindhouse, aby później rozpocząć czekanie na cześć drugą. No i się doczekaliśmy. Doczekaliśmy się i chyba jednak przyszedł zawód. Bo czy naprawdę tak przyzwoity reżyser musi robić tak niesmaczną w odbiorze i nieciekawą sieczkę?
Historia, a raczej historie banalne. W jednej doktor Dakota Block (Shelton) stara się odejść od bardzo despotycznego i agresywnego męża. Ten grozi jej śmiercią. W drugiej mamy wymianę terrorystów i handel niezrozumiałym dla nas towarem. Kolejna to tancerka go-go Cherry Darling, która w wyniku napadu traci nogę. Wszyscy ci bohaterowie zaś spotkają się w walce z niezmiernie groźnym niebezpieczeństwem, jakim będą panoszące się w mieście żywe trupy. Pojawi się znany przez kinomanów motyw grupy śmiałków próbujących przeżyć w hordach zombie. Zakończenie znane. Napiecie zero. Śmiech: czasami.
Oglądając Planet Terror myślałam co chwilę o obejrzanej dawno temu klasyki kina, jaką była Martwica Mózgu Petera Jacksona. Powstały przed 15 laty film wprost epatował kiczowatą scenerią i makabrycznymi, chociaż mało wyrafinowanymi scenami. Imitując filmy tzw. poprzedniej epoki, Rodriguez sięgnął zaś chyba jeszcze dalej, właśnie po te efekty rodem z czasów kiedy to komputerów nie było, a rój pszczół był tworzony poprzez rzucanie na wentylator torebki trocin. Sięgnął i chyba zatracił się w tej obrzydliwości. Planet Terror jest niestety zlepkiem przeraźliwie niesmacznych scen, albo krwawych albo po prostu zbyt obrzydliwych, żeby nie odwrócić głowy. Pozbawianie mózgu, wyciskanie pęcherzy na języku, obcinanie jąder i składowanie ich z słoiku jak cebulki to jedynie przykłady a już one same przyprawiają widownię o lekkie mdłości. Niektórzy wychodzili.
A sam scenariusz? Jak przypatrzeć się dokładnie, odrzucić na bok wszelkie obrzydliwości, Planet Terror jawi się jako znaczna parodia filmów typu zombie, z największym wskazaniem na Świt Żywych Trupów i nawet Poranek Żywych Trupów. Jest parę dobrych tekstów, jest ciekawe, ironiczne podejście reżysera do kwestii tematu. Czasami się śmiejemy, czasami wprost śmiechem wybuchamy. Jest ciekawie. Do czasu jednak. Do czasu kiedy przychodzi scena rozbryzgiwania mózgu na ścianie albo obcinania ręki. I niestety takich scen jest znacznie więcej niż tych pierwszych. Wtedy wracamy do poczucia wstrętu. Rodriguez umiejętnie prowadzi narrację, czuje się świetnie w gatunku, nie potrafi jednak z obrzydliwości zrezygnować. Zdecydowanie przesadził. Ja tam tego filmu widzieć już nie chcę.