Kelnerka
Marta Czabała
Specyficzna propozycja, taka która wielu może nie przypaść do gustu. Kino raczej ambitne, nie przeznaczone dla masowego odbiorcy. Czasami śmieszne, czasami niestety zbyt przeciągnięte. No i ta koszmarna terminologia "komedia romantyczna". Komedia to niespecjalna a romantyczna ani trochę. Ktoś w końcu powinien tego zaprzestać.
Jenna nienawidzi swojego życia. Ma apodyktycznego męża, nieciekawą pracę (której jednak się spełnia) oraz typowe prowincjonale życie. Codziennie ciuła grosz do grosza, aby - jak twierdzi - uwolnić się od małżonka. Poza tym nie ma marzeń ani nadziei. Do czasu jednak kiedy dowiaduje się, że jest w ciąży. Niekoniecznie chcianej. Od tego momentu jej życie zmienia się wprost proporcjonalnie do rosnącego brzucha, diametralnie i nie zawsze za jej zgodą i udziałem.
To nie jest film dla wszystkich. Na pewno większą popularnością i przychylnością będzie się cieszył wśród kobiet niż mężczyzn. Kelnerka została doceniona przez twórców kina niezależnego i ambitnego. Była między innymi bardzo ciepło przyjęta na festiwalu w Sundance. Pewnie chociażby z tego powodu trafiła na nasze ekrany. I bardzo dobrze się stało, bo to film niebanalny, nieprzeciętny i miejscami bardzo wzruszający.
Świetnie też wyreżyserowany. Nieżyjąca już niestety Adrienne Shelley występuje tutaj w potrójnej roli. Nie dość że film wyreżyserowała, napisała do niego także scenariusz jak i zagrała jedną z głównych ról. Tuż po zakończeniu zdjęć została brutalnie zabita. To jej ostatnie dziecko. I w sumie dziecko bardzo udane.
To przecież ciepła historia o różnych formach miłości. Miłości odkrytej po czasie, ale równie pięknej, miłości do dziecka, opóźnionej ale równie silnej, o namiętności w chwili beznadziejnej pustki i przytłaczającego życia. Grająca - świetnie zresztą - główną rolę Keri Russel jest porażająco wprost wyzuta z emocji. Akceptuje swoją rolę i nie domaga się więcej. Nie uśmiecha się. Nie cieszy. Jest pasywna. Do czasu. Do czasu kiedy zaczyna rozumieć wartości życiowe i rzeczy dla jej życia najważniejsze. Kiedy znajduje w sobie siłę aby przeprowadzić w swoim życiu zmiany. I nie tylko ona bo swoje możliwości odkrywają też jej przyjaciółki. Nie zawsze są to zmiany oczekiwane, wymarzone, nie zawsze osiągają przysłowiową gwiazdkę z nieba. W końcu nie gwiazdka z nieba jest tak naprawdę potrzebna do szczęścia.
Shelley pokazuje amerykańską prowincję, znacznie inną niż ta znana nam z kolorowych seriali i filmów, wizulanie diametralnie inną niż chociażby ta pokazana w tak popularnym u nas serialu Gotowe na wszystko. Nie ma tutaj amerykańskich flag zatkniętych na frontowych trawnikach, nie ma uśmiechniętych gospodyń domowych, nieustannie uśmiechniętych, rodem z folderu reklamowego. Jest pusta, nieciekawa prowincja. Pełna piachu, mało ciekawych budynków i niekoniecznie szczęśliwych ludzi. Nie zawsze. Shelley sprzeciwia się konwencji Ameryki kolorowej jak z obrazka. Nie wszyscy są uśmiechnięci na samą myśl mieszkania w Stanach Zjednoczonych. Nie wszyscy przeżywają znacznie przedobrzony chociaż dalej mityczny amerykański sen. Rzeczywistość ma znacznie więcej odcieni szarości.
Mimo iż Kelnerka to bardziej film obyczajowy niż komedia, poczujemy bez wątpienia strawę duchową i wizualną. W dobie masowych i bardzo infantylnych produkcji takie filmy po prostu podnoszą na duchu. Inspirują i cieszą. To spokojny film, ciepły, doskonale zagrany i wyreżyserowany. Podnoszący na duchu i dający inspirację. Wspaniały. Niejednym zakręci się łezka w oku. I niejedni zrozumieją, że życie pisze różne scenariusze. I że te kolejne mogą okazać się jeszcze lepsze.