Transfer
Marta Czabała
Kino polityczne bywa z reguły albo bardzo niezrozumiałe i nudne, albo ciekawe i wciągające. Transfer należy raczej do tej drugiej kategorii, bo to film słuszny, nieźle zrobiony i wyreżyserowany. To miejscami nawet film bardzo dobry, mimo wielu niedokończonych i niewykorzystanych wątków.
Czy jeśli mielibyście w rękach przestępcę, od którego informacji zależałoby życie innych, to czy ten fakt usprawiedliwiałby zastosowanie wszelkich metod do zdobycia tego co chcemy? Czy jeśli torturując jednego człowieka ocalimy tysiąc innych, to czy te tortury są moralnie usprawiedliwione? Czy w dobie terroryzmu możemy sobie jeszcze pozwolić na wahanie się, na moralno - egzystencjonalne wyrzuty sumienia?
Takie i inne pytania stawiają przed widzem twórcy filmu Transfer. Filmu politycznego, nie na darmo puszczonego Amerykanom podczas trwającej już kampanii prezydenckiej. To jawny filmowy bunt przeciwko wojnie w Iraku ale nie walki z terroryzmem jako takim. Bo co ma zrobić młoda dziewczyna, która nagle odkrywa, że jej ukochany, wielka miłość, wierzy w Jihad, a tą miłość stawia nad tą do niej samej? Cóż mogą zrobić amerykańskie służby specjalne, kiedy odkrywają, że groźny terrorysta wykonywał telefony do mieszkającego na stałe w Ameryce chemika Anwara El-Ibrahimi - Egipcjanina, który na dodatek często podróżuje po świecie? Pod wodzą zimnej i nieugiętej Corrine Whitman (jak zawsze wielka klasą Meryl Streep), bez wiedzy jego żony Anwar zostaje przewieziony do więzienia w Afryce, gdzie poddawany jest nieludzkim torturom. Wykonywanym zresztą przez miejscowego policjanta niemniej jednak pod okiem młodego agenta CIA. Ameryka bierze udział ale do brudnej roboty wyznacza innych. Gorzka filmowa lekcja.
Ten film stawia pytania, trudne pytania, czasami pozostające bez odpowiedzi. Gdzie możemy postawić sobie granice, czy możemy ją nagiąć dla tzw. wyższych celów, gdzie jest ta linia której nie możemy przekroczyć. Gavin Hood w sposób oczywisty nawiązuje do więzień w Guantanamo, w dużej mierze jeszcze mitycznych, bo też wiemy o nich niewiele. Ciekawym wybiegiem reżyserskim okazuje się być tutaj nie - jak można wcześniej było oczekiwać - wielopłaszczyznowość obrazu ale zagięcie linii czasowej, wybieg to który zamyka całe koło wydarzeń.
Mimo deklaracji reżyserskich, iż film ma być apolityczny, Transfer jednak bierze stronę. Jest przecież filmem amerykańskim, trudno jest mu więc całkowicie obiektywnie zrelacjonować obie strony. Jednak stara się, co niestety rzadko można powiedzieć o dzisiejszych filmach politycznych. I jeśli patrzeć w takiej perspektywie, Transfer to bardzo porządne, jeśli nie powiedzieć nawet bardzo dobre kino. Świetnie wyreżyserowane i nieźle zagrane. Mało które filmy są w stanie przyciągnąć taką ilość świetnych aktorów. I nie mam tutaj na myśli bynajmniej Reese Witherspoon czy też, popularnego ostatnio Jake'a Gyllenhaala. Ci są odpowiednio i poprawnie hollywoodzcy. Najlepsi w tym filmie są zaś aktorzy drugiego planu, gwiazdorska Meryl Streep, wspaniały Alan Arkin czy też - dla mnie najlepszy w tym filmie - Peter Sarsgaard. To on i jego rola jest w tym filmie najważniejsza, to on przechodzi symboliczną drogę. Od idealisty do realisty. Przejście ostatnio bardzo popularne, nie tyle lansowane przez media czy kulturę ale wymagane przez otaczające nas realia. Porażająca i wspaniała kreacja.
Ostatnio media rozpisują się o międzynarodowej promocji filmu Andrzeja Wajdy Katyń. Podobno każdy żołnierz ma obowiązek zobaczenia filmu. Idea może i szlachetna tylko film nie ten. Transfer wpasowałby się w to zapotrzebowanie idealnie, bo do refleksji zmusza i nie pozostawia obojętnym. Takich filmów brakuje. I jeśli już w końcu jakiś się pojawi, wybaczamy mu wszelkie niedociągnięcia. A z kina wychodzimy poruszeni.