Death Race: Wyścig Śmierci
Małgorzata Doboszyńska
Od czasu do czasu Hollywood produkuje film, który zrobiony jest wyłącznie po to aby zabić jak największą ilość bohaterów w najbardziej wyrafinowany sposób. Mało jest w tym sensu, wiele hałasu, są też wielkie silniki samochodów i kuso ubrane kobiety. Cóż, co kto lubi. Jednak kiedy całość opakowana jest jeszcze w moralizatorską otoczkę o wartościach rodzinnych, film robi się naprawdę nieznośny.
I tak niestety jest i tym razem. Reżyser całości Paul W.S. Anderson, serwuje nam - któryś już w tym roku na naszych ekranach - obraz skorumpowanej Ameryki, gdzie lud jest do końca już zdegenerowany i jedyne co przynosi mu radość, to oglądanie reality show, gdzie więźniowie "najgorsi z najgorszych" ścigają się wybudowanymi samochodami po specjalnie wybudowanych torach. Szczęśliwy wygrany ma gwarantowaną wolność. Oczywiście wszystkie chwyty dozwolone, co daje możliwość mordowania się na różne wyrafinowane i sadystyczne sposoby. Czym krwawiej tym lepiej. W tą właśnie, skrajnie oczywiście zepsutą społeczność trafia "przypadkiem" były zawodowy kierowca Jensen Aimes (Statham), oskarżony - oczywiście niesłusznie - o zamordowanie żony. Już wkrótce otrzyma on propozycje nie do odrzucenia. Ma wygrać jeden wyścig a wtedy wyjdzie z powrotem na wolność.
Filmy akcji mają bez wątpienia swoje miejsce w Hollywood. Rozumiem potrzebę efektów specjalnych ale próba dodania do nich opowieści o wartościach rodzinnych, prawdzie, szlachetności i tryumfie sprawiedliwości jest dla powyżej moich możliwości. To nie jest głęboki film o ludzkości a jedynie absolutnie bezmózga sieczka na przeróżne sposoby. Mamy więc dekapitację, miażdżenie, wybuchy, odrywanie kolejnych kończyn i inne spektakularne morderstwa. Mamy też dziewczynę z odkrytym brzuchem i odpowiednio seksowną. Niespecjalnie ciekawie się to ogląda, a już na pewno nie jest lekkostrawne. Nie pomaga nawet Jason Statham, aktor za dobry aby w tym filmie w ogóle wystąpić. Statham jest wszechstronnie utalentowany a tutaj nie ma żadnej możliwości na pokazanie swoich umiejętności. Może jedynie robić groźne miny i wbijać pięści kolejnym przeciwnikom. Półtorej godziny takiego filmowego szajsu jest absolutnym maksimum jakie można znieść, potem pozostaje już tylko szybkie wyjście z sali i lepszy wybór filmu przy następnej wizycie do kina.