Kredyty dla podobno dla młodych
Marta Czabała
W dorosłość wkracza się różnie, raz łagodnie z pomocą bliskich, raz brutalnie, szybko pozbawiając się marzeń. Już od wczesnych lat marzymy o tym co będzie kiedy będziemy na swoim. Szkoda tylko, że bardzo szybko marzenia okazują się zdecydowanie odbiegać od rzeczywistości.
ON i ONA. Młode małżeństwo, zaledwie trzy miesiące po ślubie. Mieszkają w Warszawie. Wcześniej każde w swoim domu, dzisiaj mieszkają u jej rodziców. W piątkę, z rodzicami i JEJ siostrą. Nie dokładają się do opłat. Wciągają brzuchy mijając się w korytarzach. ON, lekko przerażony wizją niekończącego mieszkania z niemalże nieznanymi mu ludźmi marzy o własnym lokum. ONA zgadza się od razu i rozpoczynają poszukiwania. Rodzice, zachęceni aktywnością swoich dzieci, obiecują wnieść, całkiem pokaźny wkład gotówkowy. Przy rosnących cały czas cenach to jednak zdecydowanie za mało. Maszyna kredytów rusza.
Oboje optymistycznie patrzą na świat. Marzy im się przestronne mieszkanie, takie na resztę życia, gdzie będą mogli się zestarzeć i powitać ewentualne potomstwo. ON wie, że już parę lat mieszkam na przysłowiowym "swoim", dzwoni do mnie po radę, pyta czy lepsze są 4 pokoje na 3 piętrze (80m2 i 700 tys. zł.) czy może 3 (60m2 i 600 tys. zł.), za to na parterze z ogródkiem. Marzy im się warszawski Ursynów, typowy nowy blok z podziemnym garażem, za niebotyczną zresztą sumę 36 tysięcy złotych. Mówi, że biorą kredyt, że przy łącznych dochodach 6 tysięcy złotych z łatwością będą mogli go spłacać. Że nie boi się rat o niebotycznej wysokości ponad 2000 złotych, spłacanych przez ponad 30 lat. Słucha. Ja mówię.
Informuję GO ile miesięcznie kosztuje czynsz w moim, 50 metrowym, również ursynowskim mieszkaniu, ile wydaję na prąd, gaz i wodę. Mówię o tak prozaicznych opłatach jak wywóz śmieci, których wysokość, z jakichś dziwnych powodów ustalona jest u mnie proporcjonalnie do zużycia wody. Opowiadam o wspólnotach i spółdzielniach, o forsowanych ustawach, osiedlowych funduszach remontowych i inwestycyjnych. Mówię o pomocy rodziców, o tym, że dalej nie jestem w pełni niezależna, że dalej pożyczam od nich na większe zakupu. Dodaję o kosztach związanych z dzieckiem, które zresztą dopiero za miesiąc pojawi się na świecie, o planowanych urlopach. On słucha mnie cierpliwie, aby chwilę potem powiedzieć tylko: "To jak wy na to wszystko zarabiacie?".
Dzień później dzwoni do banku. Pyta, "doradcę inwestycyjnego" o ICH zdolność kredytową. Okazuje się, że krach inwestycyjny w krótkim czasie zmniejszył ją o ponad 150 tysięcy złotych. Na rynku kropla, dla nich jednak różnica standardu życia. Już nie ma marzeń o 80 metrach, nie wiedzą tez z czego umeblują wymarzone "m". Boją się wysokiego czynszu. Spłat. Wzrastających rat. Wskaźników giełdowych. Czytają, nie zawsze rozumiejąc. Myślą. Obiecuję spotkanie i osobistą pomoc, chociażby na poziomie wsparcia. Myślę o nich ze współczuciem. Wiem, że zderzenie z rzeczywistością będzie dla nich, szczególnie przy obecnym krachu, bardzo bolesne. Brali ślub niewiele ponad 3 miesiące wcześniej. I już myślą co można było zrobić inaczej.