Inwazja
Ania Nowak
Niezły film, chociaż pomysł może nie do końca wykorzystany. Kolejna historia o najeźdźcach z kosmosu i tych, którzy przed inwazją chcą się obronić. Efekty przyzwoite, subtelne, nigdy nie przesadzone. Patrzy się miło, strach czuć tam gdzie trzeba, aktorzy są naprawdę nieźli. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Szkoda tylko, że zakończenie trochę nijakie.
Amerykę nawiedziły już chyba wszystkie plagi na świecie. Mieliśmy już wielkie owady, wielkie króliki, wielkie robaki i oczywiście kolejne części atakujących pomidorów. Było dużo. Oczywiście byli też kosmici. Ci dobrzy, jedynie studiujący naszą planetę oraz ci źli, chcący podbić nasz świat. Raz wychodzi to dobrze, innym razem - jak chociażby w typowym kinie B - widać statywy mikrofonów zwieszających się z góry oraz adidasy na dole krwiożerczego potwora. Cóż.
Ale też wszystko ma swoich amatorów. I takich amatorów znajdzie także Inwazja bo to film bardzo porządny, trzymający napięcie. Tyle że niespecjalnie oryginalny. Mamy tutaj do czynienia z kolejną, całkiem przemyślaną inwazją kosmitów, tym razem tych chcących przejąć władanie nad naszą planetą. Niespodzianka. Trochę jak w Inwazji porywaczy ciał, tutaj przejęcie dokonuje się pod pozorem wirusa, który mutuje nasze DNA i podczas fazy snu REM zmienia kandydata w wyzutego z emocji "człowieka". Nie ma emocji i chaosu, te zastępuje jedynie przemyślana precyzja.
Jak to w takich filmach bywa, pozostaje garstka tych, którzy chcą sytuacji przeciwdziałać. Tutaj pod przewodnictwem pani psychiatry Carol Bennell (Nicole Kidman) i jej przyjaciela Bena Driscolla (Daniel Craig). Od mikroskopu, do pistoletu, od przyjaźni do miłości - wszystko to dostajemy okraszone cytatem o zdolnościach ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Dostajemy i przyjmujemy z satysfakcją.
To może nie arcydzieło gatunku ale film co najmniej dobry z plusem. James McTeigue i Oliver Hirschbiegel, reżyserzy filmu korzystają co prawda ze sprawdzonych chwytów, ale robią to nadzwyczaj dobrze. Boimy się w odpowiednich momentach, czasami mniej czasami jednak bardzo, zamykamy oczy, kiedy widać odpowiedni stopień obrzydliwości. Aktorzy podejmują wyzwanie, nie przesadzają, subtelnie traktując scenariusz. Dużo tutaj pościgów, biegania, chowania się i krzyku. Jest parę rzeczy obrzydliwych, ale takich chyba można się w filmach science fiction spodziewać. Poza tym i te da się przeżyć. Jest nieźle.
Jedynym zarzutem pozostaje nijakie i zdecydowanie mdłe zakończenie. Dave Kajganich, scenarzysta nieznany i niedoświadczony był chyba zmęczony pisaniem bo też doszedł do skończonych 90 procent i ... zakończył brutalnie, dodając jedynie końcowy niezmiernie apetyczny i bardzo amerykański monolog. Hmmm... może był niedopłacony? Być może reżyser musiał się zmieścić w tych 93 minutach? Jakakolwiek odpowiedź pasuje, koniec filmu niezmiernie brutalnie chłodzi nasze oczekiwania. Chcieliśmy więcej. Składam zażalenie. Mimo wszystko.