1408
Małgorzata Doboszyńska
Stephen King w nienajlepszej ale też zdecydowanie nie najgorszej ekranizacji. Kolejna opowieść o prawdziwym źle, duchach i o człowieku, który musi dużo przeżyć aby w końcu uwierzyć. Niezłe chociaż czym dalej w treści tym gorzej.
Stephen King ma wyjątkowego pecha do ekranizacji własnych powieści. Mimo wszystko - ponieważ pisarz sprzedaje się świetnie - Amerykanie nie ustają w kręceniu kolejnych filmów na podstawie książek i opowiadań mistrza horroru. Bywa źle, bywa też tragicznie, szczególnie wtedy kiedy z krótkiego opowiadania robiony jest film pełnometrażowy. W kategorii "źle i tragicznie" mieliśmy już chociażby fatalny Bastion, naprawdę okropny Sztorm Stulecia i chyba jeszcze gorszy Łowca snów. To co naprawdę sprzedawało się na papierze, nie dawało się przenieść na wielki ekran.
Nie wszystko było jednak skazane na porażkę. Była też na szczęście też kategoria "przyzwoite". Ba, w wielu już dzisiaj ekranizacjach Kinga jestem w stanie znaleźć też nawet takie na czwórkę. Może z minusem. Niezłe były (na szczęście w wersji telewizyjnej) Langoliery, Zielona Mila, czy też Czerwona Róża. Przyzwoity, chociaż na pewno nie dobry jest też najnowszy film według Kinga, wyprodukowany z rozmachem godnym Hollywood 1408.
Tytułowa liczba to numer pokoju w nowojorskim hotelu, pokoju w którym od lat giną ludzie. To pokój, w którym noc decyduje się spędzić Mike Enslin (John Cusack), sceptyczny wobec świata paranormalnego i doświadczony traumatycznymi wydarzeniami we własnym życiu. Enslin zajmuje się zresztą szukaniem duchów zawodowo, chcąc udowodnić sobie swoje teorie braku Boga i zracjonalizować bezsensowną śmierć córki. Dlatego też pokój 1408 jest dla niego łakomym kąskiem.
Dalej wiadomo. To przecież klasyczna, wiele razy już opowiedziana historia o nawiedzonym miejscu. Mamy tutaj lepsze i gorsze triki złych duchów. Zdecydowanie na korzyść wypadają te - stare i znane wszystkim - tradycyjne zabiegi. Poprzestawiane przedmioty, wracające na poduszkę czekoladki czy też zagięty papier toaletowy robią w tym filmie znacznie lepsze wrażenie niż wygenerowane komputerowo hollywoodzkie chwyty. Czym dalej jednak w filmie, tym komputerowych efektów jest więcej. Dlatego też 1408 to film niezmiernie nierówny, znacznie lepszy w pierwszej połowie. Tam boimy się wraz z przerażonym Enslinem, skaczemy w fotelu zaskoczeni, potem jednak następuje wyłącznie znużenie i przedawkowanie komputerowych efektów, a to może zabić każdy horror. Czym dalej tym gorzej. Pod koniec filmu napięcia nie ma już wcale a my sami jesteśmy poirytowani i znużeni. Końca nie ratuje nawet niezły John Cusack. Nie każdy aktor umie samodzielnie poprowadzić samodzielnie film. Cusack jest przyzwoity i autentyczny ale nawet on ginie w scenach zbyt jaskrawych i nachalnych.
Widzowie horroru nie są wybredni. Nie potrzebujemy wysoko budżetowych scen i grafik. My możemy się bać już przy tradycyjnych skrzypiących drzwiach. Reżyser 1408 Mikael Hafstrom zdaje się nie do końca zdawać sobie z tego sprawę. Dobra pierwsza połowa, potem jednak już klapa. Cóż, trudno. Może następnym razem.