Halloween
Małgorzata Doboszyńska
No i mamy w końcu remake. Należało się chyba spodziewać, bo pomysł widowiskowej i krwawej jatki sprzedaje się cały czas całkiem nieźle. Ron Zombie zrobił Halloween niemalże identyczne z oryginałem, zachowując tytułową i bardzo znaną muzykę. Niezłe to widowisko ale wyłącznie dla miłośników gatunku.
Na motywie Halloween, o jakże przecież prostym John Carpenter zbił fortunę. Wykreował też znany na całym świecie symbol zła Michaela Myersa. Jak widać, aby zarobić pieniądze a tym samym zachwycić widzów należało zaapelować do ich najpierwotniejszych instynktów, odejmując wszystko to co mogłoby się zdawać zbyt inteligentne czy też ambitne. Wystarczyło postawić psychotycznego mordercę na drodze niewinnej nastolatki w krótkiej spódniczce a drogę jej ucieczki usłać kolejnymi trupami. No i jeszcze pokazać co najmniej kilka par nagich piersi. Pieniądze spływać zaczną same.
Halloween doczekało się kilku kolejnych sequeli a tym samym wypromowało Jamie Lee Curtis jako gwiazdę. Ona sama wystąpiła w kolejnych częściach krwawej sagi a kiedy miała już dosyć, dała się w końcu zabić. Koniec ery, Laurie Strode nie żyje. Czy to więc ostateczny koniec sagi?
Być może z braku motywu i pomysłu na część kolejną, tym razem przyszedł czas na remake. To chyba naturalna kolej rzeczy w Hollywood. Za scenariusz i reżyserię zabrał się Ron Zombie, znany z projektów mało ambitnych, celujących raczej w niewybrednych widzów. Zrobił film odpowiedni, spełniający wymogi gatunku i poprawny.
Historia jest praktycznie identyczna z oryginałem. W noc Halloween Michael Myers zabija swojego ojczyma, siostrę i jej chłopaka. Za swój czyn zostaje zamknięty w szpitalu psychiatrycznym, gdzie siedzi ponad 15 lat. Jego matka, nie mogąc poradzić sobie z piętnem matki mordercy popełnia samobójstwo. Kiedy Michael w końcu ucieka ze szpitala szuka z uparciem maniaka pozostałej przy życiu siostry, której urządza krwawą jatkę z okazji kolejnego Halloween.
No i co dalej? Dalej jest tak samo jak zawsze. Trup ściele się gęsto i na różne wyrafinowane sposoby. Nagie piersi pokazują się odpowiednio często, jest krzyk, krew i przerażenie. Boimy się tam gdzie trzeba, chowamy się za swoimi rękami wtedy kiedy trzeba. Dla miłośników horrorów i samego cyklu Halloween to gratka, podsycana zresztą oryginalną melodią z pierwszego Halloween. Jest w porządku.
Takie filmy nie wymagają przecież wielkich nakładów pieniędzy czy też efektów specjalnych. Liczy się efekt zaskoczenia i poczucie obrzydzenia. Liczy się to, że podskoczymy na kinowym fotelu, że damy się podejść. I rozpatrując te kwestie, Halloween broni się znakomicie. Od pierwszej do ostatniej minuty.
Pozostaje tylko zastanowić się, czy będziemy mieli remaki kolejnych części sagi. Fakt, że film się sprzedał pokazuje, że fabuła jeszcze się nie wyczerpała. Zawsze znajdą się miłośnicy krwi lejącej się gęsto z kinowego ekranu. Pierwszej a potem kolejnych i kolejnych jej części. Świat jednak się nie zmienia.