Dziewczyna moich koszmarów
Marta Czabała
Ben Stiller już dawno dał się zaszufladkować do tzw. komedii romantycznych. Nawet jeśli romantyczne są wyłącznie z założenia. Czasami wychodzi mu to na dobre, czasami niekoniecznie, zwłaszcza kiedy scenariusz pozostawia wiele do życzenia. W obecnym na naszych ekranach filmie bywają momenty dobre, całość powoduje jednak znużenie i irytację. Zwłaszcza u żeńskiej części widowni.
Oglądając film robiłam zakłady, że z jego powstaniem (patrz scenariusz i reżyseria) nie miała wspólnego żadna kobieta. Miałam rację. Po sprawdzeniu twórców moje odczucia wizualne stały się jasne. Tym bardziej, że twórcy filmu (bracia Farrelly) znani są już z mało strawnych i beznadziejnie głupich filmów jak chociażby Sposób na blondynkę czy też Głupi i Głupszy.
Jedna rzecz na plus. W Dziewczynie moich koszmarów nie ma tylu momentów żerujących bezwstydnie na najohydniejszych i najbardziej prymitywnych zachowaniach. Jest coś co ma być komedią. I nawet nią jest. Czasami. I na pewno nie romantyczną. To taka opowiastka o mężczyźnie, który - mimo dobrych rad - nie umie i nie chce dorosnąć.
40letni Eddie (Stiller) za namową przyjaciół oświadcza się Lili (Akerman) i razem udają się w podróż poślubną do meksykańskiego Cabo. Od razu okazuje się, że - delikatnie mówiąc - Lila odbiega trochę od wizerunku idealnej żony i do jakiego przyzwyczaił się (przez 2 miesiące) od jej poznania. Spędzają więc coraz więcej czasu osobno a sam Eddie nagle zdaje sobie sprawę, że ciepłe uczucia ma raczej do towarzyszki z plaży, spędzającej wakacje z rodziną Mirandy.
Jedno jest na pewno na plus. Ten film nie jest aż tak obrzydliwy jak niektóre produkcje braci Farrelly, jak chociażby Głupi i Głupszy czy chociażby Sposób na blondynkę. Tutaj scen uwłaczających godności ludzkiej jest mało (może trzy), można więc w odpowiednim momencie odwrócić głowę. Reszta jest powiedzmy bardziej zjadliwa, co nie znaczy jednak, że już można to nazwać komedią i to dla dorosłych. Ci 18letni może uśmieją się co niemiara, ci starsi jednak, w szczególności ci w stałych związkach, nie dadzą rady pozbyć się skrajnej czasami irytacji wobec tego co widzą na ekranie. Pełno jest tutaj infantylnych scen niedorosłego Eddiego i jego jeszcze bardziej dziecinnych wytłumaczeń swojego zachowania. Kobieca część widowni będzie drugą połową filmu mocno zniesmaczona. Bo jeżeli (jak donosi jeden z portali internetowych) ten film to mieszanka komedii i dramatu, to dramatem jest jedynie życie kobiet przy boku głównego bohatera. Nie ma tutaj (sugerowanej w filmie) metamorfozy bohatera, nie ma jego zmiany. I na nic nie pomogą piękne widoki i zdjęcia czy też przyzwoita gra Stillera i Michelle Monaghan. Dobry start a czym dalej tym gorzej. Chociaż jedno pocieszenie znajdę. W porównaniu z poprzednimi dokonaniami braci Farrelly, to jest arcydzieło. Może następny ich film będzie też znacznie lepszy.