Michael Clayton
Marta Czabała
Ciekawy debiut reżyserski Tony'ego Gilroya, znanego wcześniej jedynie z interesujących i bardzo sprawnych scenariuszy. Trochę kryminał, trochę dramat, cały czas to jednak bardzo przyzwoity film z kolejną, po Syrianie wielką rolą Georga Clooneya. Porządna, chociaż nietypowa kinowa rozrywka.
Tytułowy Michael Clayton jest prawnikiem. Nie takim co błyszczy w sądach, nie takim co wygrywa słynne procesy. Nie takim też, co wsadza do więzienia wielkich przestępców. Michael Clayton sam siebie nazywa sprzątaczem, takim od wykonywania najbardziej brudnych prawniczych robót. Zjawia się tam, gdzie sprawę trzeba załatwić po cichu i dyskretnie. Sam zresztą jest też cichy i dyskretny, do czasu oczywiście. Nagle to bowiem przyjaciel naszego bohatera odkrywa dowody świadczące przeciwko firmie jaką obaj reprezentują a owa firma za wszelką cenę próbuje sprawę zatuszować...
To jeden z tych filmów, co czym dalej w akcji tym lepiej. Gilroy rozpoczyna zbyt chaotycznie, posługując się do tego zabiegami retrospekcji, co znacznie utrudnia przysłowiowe połapanie się w akcji. Potem jest już jednak coraz lepiej. Mamy tutaj przecież mieszankę thrillera, kryminału prawniczego i dramatu a te - podane bardzo sprawnie i bardzo smacznie - są na dodatek świetnie zagrane. Clooney już dawno przestał być słodkim doktorem Rossem, tutaj jest aktorem dojrzałym i pełnym talentu. Po raz kolejny pokazuje to, co udowodnił już w Syranie - można go zatrudnić nie tylko w rolach playboyów i pięknych wojskowych. Nie tylko on jest jednak aktorsko świetny. Wyrazy szacunku dla Sydney'a Pollacka. Osobiście, znacznie bardziej niż Clooney podoba się rewelacyjna jak zawsze Tilda Swinton a jej mieszanka czarnego/nie czarnego charakteru jest bodajże najlepszym elementem tego filmu.
Nietypowy to film. Jest trochę mrocznie, dla mnie trochę może miejscami zbyt przesadnie. Autor zdjęć Robert Elswit (Syriana, Magnolia, Good Night Good Luck) najwyraźniej lubuje się w konwencji ciemnych zdjęć, niezbyt popularnych w tzw. hollywoodzkich hitach, niemniej jednak efekt osiągających. Taki klimat w Michaelu Claytonie dopełnia też sceneria, w większości zamknięta w pomieszczeniach. Wielbiciele wystroju wnętrz będą tutaj mieli pożywkę, bo też czwórka scenografów sięgnęła po wnętrza wyrafinowane i ekskluzywne. Nawet sam Clooney przez 90 procent czasu paraduje przed kamerami w nieskazitelnym garniturze. Dla wielbicielek gratka.
Sam film jest produktem nietypowym, takim niecodziennym, jednak w pozytywnym sensie tego słowa. To ciekawa odmiana, zwłaszcza jak na zaszufladkowane terminowo amerykańskie produkcje. Warto obejrzeć. Trzeba się tylko pozytywnie nastawić.