Nigdy nie będę Twoja
Marta Czabała
Banalna, a tym samym bardzo widzom neutralna komedia, motywem lekko nawiązująca do słynnego Absolwenta. Piękna Michelle Pfeiffer, przyzwoity pomysł ale sam scenariusz absolutnie pozbawiony realizmu i zbyt często naciągnięty do granic możliwości. Można iść jedynie dla pięknej gwiazdy. No i może dla kilku dowcipów. Niewielu.
W Absolwencie Pani Robinson grana (Anne Bankroft) była typową amerykańską gospodynią domową. Nie brzydką ale też na pewno nie oszałamiająco piękną - niemniej jednak bardzo kobiecą, co przyciągnęło do niej mało doświadczonego życiowo Benjamina Braddocka. To ona była właśnie jego przewodniczką po świecie seksu i relacji fizycznych a ich związek - skonsumowany w latach znacznie bardziej niż dzisiejsze konserwatywnych - z góry skazany był na niepowodzenie.
Inaczej jest dzisiaj. Sama Michelle Pffeifer znacznie też różni się od Pani Robinson lat 80tych. Ale historia jest podobna. Grana przez Pfeiffer Rosie, 40 producentka filmowa, rozwódka, zakochuje się - z wzajemnością zresztą w niespełna 30letnim aktorze ze serialu w którym on pracuje. Od początku targają nią wątpliwości, czy ten związek ma jakąkolwiek przyszłość, czy odbije się na ich pracy, czy jej córka Izzy będzie w stanie odnaleźć się w nowej sytuacji.
Zważywszy na czasy powszechnego amerykańskiego liberalizmu, sam film traci ogromnie na prawdziwości. Pełno jest dzisiaj związków, gdzie różnica wieku sięga nawet i dwudziestu lat. Nikt już dzisiaj nie robi z tego sensacji, nikt się też specjalnie nie oburza. Chociażby dlatego film Amy Heckerling jest tak bardzo niewiarygodny, nie angażuje widzów. Nie jesteśmy w stanie sympatyzować się z mężczyzną, który zakochuje się w kobiecie starszej (w rzeczywistości jedynie o 10 lat), tak nieprzyzwoicie pięknej i atrakcyjnej jak Michelle Pfeiffer. Nie dzielimy wątpliwości Michelle Pfeiffer, bo kto mógłby dzisiaj mieć takie dylematy. Zwłaszcza w sytuacji kobiety od lat uważanej za najpiękniejszą na świecie. Ani tutaj przesłania, ani jakiej konkretnej wiadomości dla widza. Ot taki spektaklik, dobry w zamierzeniach, kiepski jednak w końcowym rezultacie. Aktorzy grają przyzwoicie, ale nie są w stanie zrobić czegoś konkretnego z bardzo kiepskiego scenariusza. Amy Heckerling, znana naszej publiczności chociażby z I kto to mówi zawodzi nieciekawym wątkiem i marnymi dialogami. Nie ma tutaj scen specjalnie śmiesznych, nie ma też żenujących i urągających ludzkiej inteligencji. Ciekawe momenty można zaś policzyć na palcach jednej ręki.
Trudno jest mi odnaleźć zamierzenia reżyserki a zarazem scenarzystko obrazu. Miłość ponad wszystko? Ciężko jest w takim związku w Ameryce? Nie należy przywiązywać uwagi do szczegółów? Może, chociaż kiedy słyszę finałowy tekst Adama do Rosie: "Nie obchodzi mnie ile masz lat, obchodzi mnie ile ważysz" to jednak ma wątpliwości.