Pieniądze na talent
Marta Czabała
Nie jest moim zamiarem pastwić się nad polską kinematografią. To zrobił już chyba każdy, bo też o głupotę nie trudno. Ja postanawiam pastwić się konstruktywnie. Każdy człowiek, któremu kino jest choć trochę na myśli nie jest w stanie pozostać bowiem nieczułym na to, co dzieje się dzisiaj w naszym rodzimym showbiznesie. Bo czy brakiem pieniędzy można usprawiedliwić kompletny zanik perspektywy i poczucia humoru?
Po pierwsze dopłacaj
Słynna już dzisiaj ustawa o kinematografii to prawie legenda. Według prawa ma zapewnić rodzimemu przemysłowi filmowemu blask i chwałę jakiej nie widzieliśmy od pamiętnych komedii dalekiego PRL-u. Któż z nas nie pamięta słynnego i fenomenalnego Misia czy Rejsu. Ach, gdzie te czasy...
W uzasadnieniu projektu ustawy nasz demokratycznie wybrany rząd argumentował, że polski film byłby znacznie lepszy, gdyby tylko posiadał środki na przekazanie reżyserskiej wizji na ekran. Ach ta Ameryka, ona po prostu ma pieniądze! To właśnie one zostały wyznaczone jako winne tego, iż kolejne polskie produkcje robią plajtę, są bez polotu i żerują na najniższych z możliwych emocjach. To ich wina, że jako widzowie wolimy do kina wybrać się na przysłowiowe amerykańskie łubu dubu niż coś, co u nas reżyserzy kwalifikują jako film sensacyjny czy też (o zgrozo) polski kryminał lub też nawet horror. A horror to nawiasem mówiąc szczyt naszego rodzimego bezguścia.
Money, money, money...
Pieniądze? Zanim jeszcze ustawowa burza wybuchła na dobre, znane nazwiska były już w stanie przyciągnąć odpowiednią ich ilość, aby przyszły film opatrzony został mianem "wysoko budżetowej produkcji". Szczególnym powodzeniem (niewiadomo dlaczego) zaczęły się cieszyć adaptacje filmowe. W 1999 roku Jerzy Hoffman zaryzykował produkcję Ogniem i Mieczem. Zaryzykował i przegrał z kretesem. Film miał podobno największy na tamte czasy budżet w historii polskiego kina. Kosztował 8,5 mln USD. Efekt? Dostaliśmy produkcję co najmniej dostateczną, oglądaną jak seria klipów MTV z naprawdę fatalnym aktorstwem głównych bohaterów. Na film chodziły z powinności obywatelskiej szkoły, masowo wyrabiając statystykę. Polscy krytycy nie pozostawili jednak na Hoffmanowej produkcji suchej nitki. Niestety słusznie. "Tak naprawdę chyba nam trudno w filmie uwierzyć w namiętną "miłość od pierwszego wejrzenia" między Heleną a Skrzetuskim, co bez zastrzeżeń "kupowało się" w powieści: scenki obrazujące jej narodziny i rozwój są krótkie, jakby pośpiesznie rozegrane i zbyt szybko po sobie następujące; a i żałośnie nieporadne aktorstwo, pięknej skądinąd, Izabelli Scorupco nie ułatwia widzowi tej wiary" napisał Tomasz Kłys w swojej książce pt.: "Na koniec - początek". Wypada cytat pozostawić bez komentarza.
Wajda dofinansowany
Adaptacje filmowe powstają dalej. Krytycy ironizują, że niedługo nie będzie już nic w polskiej literaturze co można będzie przełożyć na język kina. Pośród najmłodszych adaptacji należy na pewno wymienić Starą Baśń - kiedy słońce było Bogiem z 2003 r. Nazwisko Hoffmana daje możliwości finansowe. Tutaj wielki już budżet sięgnął niebotycznej sumy 11 mln zł a reżyser znowu zabrał się do kręcenia. I tutaj klapa, chociaż krytycy - w desperackich próbach i akcie dobrej woli - robili co mogli aby z filmu wyciągnąć dobre elementy.
Żeby nie było, że darzę Hoffmana jakąkolwiek antypatią może z innej beczki. Kilka lat temu Marek Brodzki zdecydował się na przeniesienie na ekran bodajże najsłynniejszych polskich opowiadań fantasy Wiedźmina. Oto porwaliśmy się na film fantasy. Sprawa wielka, wcześniej w kinie niespotykana. Suma - 19 mln zł. Sław nie brakło bo samego wojownika zagrał Michał Żebrowski, na tamte czasy najgorętsze nazwisko polskiej kinematografii (przed Pawłem Małaszyńskim). Efekt? "Gdyby istniały takie pastylki kasujące pamięć, jakie opisałem na potrzeby niniejszego tekstu, to z pewnością zgłosiłbym się po jedną. Tylko po to, żeby zapomnieć o tym, że oglądałem kiedykolwiek pierwszą (i oby ostatnią!) ekranizację "Wiedźmina"." - tak właśnie pisał na Stopklatce Krzysztof Lipka- Chudzik.
Ale podobno Polaków ciężko jest zniechęcić. Lubimy proste i sprawdzone formuły. Albo banalne i infantylne, albo toporne i pompatyczne, uderzające w tony narodowościowe. Rok 2007 upłynął nam pod znakiem traktatu filozoficznego Wajdy czyli Katyniu. Szumnie zapowiadany, wielce nagłośniony (także za sprawą osobistego zaangażowania reżysera) Katyń. Dla jednych to wielka opowieść o wielkim wydarzeniu. Z punktu widzenia technicznego już gorzej. "Niestety "Katyń" rozczarowuje brakiem i rozmachu, i wizji reżyserskiej, i pasji. Film średni, na miarę Teatru Telewizji. Mam nadzieję, że znajdzie się jeszcze reżyser, który opowie sugestywnie, szczodrze i szeroko o tym Temacie." - takie recenzje wystawiają filmowi Wajdy czytelnicy internetowej prascy. Fabuła sprzedała się, wiadomo. Ale czy trafiliśmy naprawdę na film wybitny?
Jakim więc cudem pieniądze mają nagle stać się lekiem na wszystko? Kazimierz Kutz oraz wielu polskich reżyserów, który z zapałem promują ustawę o kinematografii liczą chyba, że pieniądz przyniesie im pomysł na jaki bez niego nigdy by nie wpadli. Tylko czy Piwowski potrzebował 19 mln zł aby zrealizować Rejs, który potrafi do dzisiaj rozśmieszyć wszystkich. Czy Miś kręcony był za 8 mln USD?
Dla fanów PRAWDZIWIE polskich filmów są ostatnio w naszych kinach rewelacyjne Sztuczki. Rewelacyjne, wspaniałe i nietypowe - mimo iż zdecydowanie nisko budżetowe. Jednak można. Panom reżyserom i politykom życzę rychłego obudzenia, bo jeśli tak dalej będzie, na polskie filmy nie będzie chodził już zupełnie nikt.