Nim diabeł dowie się że nie żyjesz
Małgorzata Doboszyńska
To taki filmowy dowód, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Bardzo mocny, bardzo dobry chociaż ciężki i dramatyczny kawałek kina. Rewelacyjny aktorsko, świetny reżysersko, z doskonałym scenariuszem - pozostawia po sobie ślad, wrażenie i skłania do refleksji. Jeden z najlepszych filmów roku.
Według starego toastu irlandzkiego, diabeł o naszej śmierci powinien dowiedzieć się, kiedy jedną nogą już jesteśmy w niebie. Diabła zresztą w tym filmie jest sporo. W przeróżnych bohaterach, na co dzień niewinnych, prowadzących spokojne, codzienne i nudne życie. Na diabelski pomysł wpada chociażby Andy Hanson (Philip Seymour Hoffman), którego życie dalekie jest od zamierzonego ideału amerykańskiego snu. Będący w kryzysie małżeńskim, uzależniony od narkotyków, musi szukać źródeł na zapłatę za swój nałóg, dlatego też podbiera pieniądze z pracy. Kiedy nad głową zaczynają zbierać mu się czarne chmury w postaci kontroli z Urzędu Skarbowego, wpada na oryginalny pomysł wejścia w posiadanie większej gotówki. Wykorzystując swojego, równie przegranego życiowo brata (Ethan Hawke), postanawia zorganizować napad na sklep jubilerski własnych rodziców. Jest przekonany, że skonstruował plan doskonały, idealny, na którym nikt nie straci a wszyscy zyskają. Szybko jednak orientuje się, że nie wszystko poszło zgodnie z jego zamierzeniami a jeden czyn pociąga za sobą kolejne z niewyobrażalnymi konsekwencjami.
To po prostu dobry kawałek mocnego kina. Zdumiewające, że to scenariusz debiutanta. Kelly Masterson, to nazwisko absolutnie nie znane w świecie filmowych pisarzy. Nie na co dzień zdarza się, że spod ręki nowicjusza wychodzi scenariusz tak ciekawy i tak dramatyczny. Tutaj większość osób zwróci bardziej uwagę na reżyserię twórcy, przecież znanego i docenionego. Dla mnie osobiście Sidney Lumet zawsze umiał robić filmy, które zostają w pamięci. Nazwisko dobrego reżysera przyciąga zaś zawsze dobre nazwiska aktorskie i ten film nie jest wyjątkiem. Aktorsko zresztą to film piorunujący i film idealny. Philip Seymour Hoffman, bez wątpienia w tym filmie najlepszy, warty jest wszystkich nagród filmowych tego świata. Ta mimika, te emocje pokazywane bez żadnego wysiłku, nawet jednym gestem
Tak można poznać aktora wielkiego. W tym filmie zostawia wszystkich w tyle, nie znaczy to jednak, że daleko. Zaraz za nim jest Albert Finney, zdecydowanie za rzadko widywany przez nas na ekranie. Tych dwóch panów tworzy na ekranie parę nie do opisania i nie do ocenienia. Można by było patrzeć na nich dwóch, nawet bez żadnego scenariusza i filmu.
Oczywiście świetna jest też reszta. Ethan Hawke, w zasadzie najsłabszy z całej obsady jest tutaj jak nie on. Dla mnie subiektywnie oczywiście, to jego najlepsza rola, poważna, dojrzała, nareszcie w pełni aktorska. Świetna jest też, dobra na co dzień, chociaż jeszcze nie w pełni doceniona Marisa Tomei, emocjonalna, ciekawa, dokładająca do tego filmu odpowiednio spójne elementy. Te ostatnie, w kombinacji z aktorskim warsztatem tworzą klimat filmu, dramatycznego, wciągającego, zapadającego w pamięć. I nie przeszkadza mi nic a nic skacząca chronologia opowieści. Ba, nie znosząc jej na co dzień, tutaj uważam, iż dodaje ona kolorytu, spaja całą historię, czyni ją podwójnie ciekawą. Koniec zaś wgniata w fotele. To jeden z tych filmów, które ciężko jest zapomnieć. Nawet jeśli bardzo się staramy.