Just Dance - Tylko taniec!
Małgorzata Doboszyńska
To jeden z tych filmów, mających zachęcić nas do pójścia do kina w święta. Jeśli jednak będzie to jedyne co przyjdzie nam rozważać, radzę nawet nie zbliżać się do kinowych kas. Ten film to nic innego jak jedynie żałosna powtórka tysiąca mu podobnych, na dodatek wyjątkowo i tragicznie jak na ten gatunek nudna.
Trzeba niestety walić z przysłowiowego mostu. Począwszy od wyjątkowo durnego polskiego tytułu (w żaden sposób nie będącego tłumaczeniem oryginału), wszystko w tym filmie jest albo głupie, albo nudne, albo było już w innych filmach, chociaż jakoś w lepszym wydaniu. Bo też tutaj jest wyjątkowo irytująco i nieciekawie.
Historię streścić można w zasadzie jedynie dla dziennikarskiej powinności. Młoda (a jakże) dziewczyna z amerykańskiej prowincji (ciężko ten banał nawet pisać) przyjeżdża do Chicago aby tam wziąć udział w naborze do elitarnej szkoły tańca. Oczywiście się nie dostaje, zmuszona jest więc pomyśleć o alternatywnej metodzie zarobkowania. Tak właśnie trafia do nocnego klubu, znanego między innymi z ekskluzywnych i nietypowych pokazów tańca...
Oglądając ten, pożal się Boże film, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to żywcem, chociaż nieudolnie zerżnięty Coyote Ugly, jedynie z podmianą śpiewu na taniec. To kiepsko zrobiona kopia, bez polotu i nawet większego sensu. Wszyscy wiemy dokładnie jak się takie filmy zaczynają, toczą i kończą i ten - zapewniam - nie jest żadnym wyjątkiem od reguły. Kiepskie jest wszystko, aktorstwo, scenariusz, reżyseria i choreografia. Fenomenalne sceny tańca znane nam ze Step Up, pozostają wspomnieniem. To co mamy tutaj to niemalże taneczne kroczki noworodka. Wstydem jest oba filmy porównywać. Kiepsko się to ogląda, kiepsko się słucha i nie ma sensu się na to wybierać. Za grosz w tym filmie jakości na świąteczny nastrój.
P.S. Znalazłam w kilku źródłach określenie Just Dance mianem dramatu. Jeśli to dramat to niech mi kaktus na głowie wyrośnie. Duży.