007. Quantum of Solace.
Marta Czabała
Oj nie. Z wielu powodów. Chaotycznej fabuły, niespecjalnie przekonujących wydarzeń i miernej gry aktorskiej obsady drugoplanowej. Także z powodu odejścia od flagowych założeń filmów z Bondem. Niestety, z dwójką dobrych aktorów ale bez dobrego scenariusza nie da się zrobić filmu o porządnej klasie. Nawet z nieograniczonym budżetem.
Kilka dni temu zdarzyło mi się przeczytać w jednym z dzienników felieton dotyczący premiery najnowszego filmu o Bondzie. Pod tytułem "Od Bonda oczekuję tego co najgorsze" kryły się wszystkie obawy autora, co do zmiany formuły słynnej serii, zmiany klimatów filmowych i, po raz kolejny samego aktora. Żaden z filmowych Bondów nie wywołał chyba tylu wątpliwości co Daniel Craig. Teraz, kiedy ja sama mam najnowszą część przygód agenta za sobą, nie mogę o felietonie z poniedziałku przestać myśleć. Bo wszystko co tam wyczytałam, okazało się prawdą. I teraz ja mam do producentów Bonda głęboki żal. Bo legend marnować nie można.
Po pierwsze żal za realizm. Kto kiedykolwiek powiedział, że James Bond ma być realistycznym filmem o życiu szpiega? Gdzie podziały się - znane i lubiane z części z Piercem Brosnanem - bajki o niezniszczalnym 007, dysponującym wszelkimi niedostępnymi ludzkim szaraczkom gadżetami? Gdzie ukryte w zegarkach procesory atomowe, gdzie niewidzialne samochody, gdzie nieskazitelne, niemnące się garnitury i niebrudzące się koszule? To przecież Bond wychodził z najgorszych walk i opresji z idealnie skrojonymi mankietami z piękną, ubraną w balową suknię kobietą u boku. Dlaczego Bond Daniela Craiga nurza się w rozchełstanej koszuli w błocie, daje się zranić a zamiast broni używa przede wszystkim własnej pięści? Nie ujmując temu drugiemu, całość trochę za bardzo przypomina przygody Bourna.
Po drugie za fabułę. Nie chcę oglądać Bonda konsekwentnie siejącego mord wśród okolicy, kierującego się niczym innym jak tylko chęcią zemsty za śmierć ukochanej kobiety. Bond ma być agentem rządowym, pracującym dla idei kraju i Jego Wysokości Elżbiety II, nie zaś oszalałym z rozpaczy zdradzonym mężczyzną. Strasznie mało w Quantum of Solace sensu, racjonalności, wyjaśnień kolejnych wydarzeń. Co chwila pytamy "ale, dlaczego?", "ale, skąd?". Według mnie sam 007 nie wie dokładnie co robi. Bond Forstera to Bond oszalały, nieracjonalny i niestety znacznie mniej ciekawy. To Bond ludzki, zraniony, zakochany. To jednak nie Bond jakiego chcemy oglądać.
Po trzecie za aktorów. Poza niezłym jak zawsze Craigiem i niezmiennie wspaniałą Judi Dench nie ma w tym filmie na kogo patrzeć. Najgorsze wrażenie robi, może ładna ale niespecjalnie utalentowana Olga Kurylenko. Pomysł aby Ukrainka zagrała Kolumbijkę, na dodatek mało udolnie, jest całkowicie chybiony. To bez wątpienia jedna z najmniej udanych kobiet Bonda.
Kolejna cześć niewątpliwie przed nami. Nie wiem co dalej będzie ze słynną serią. Mam szczerą nadzieję, że przed następnym filmem producenci opamiętają się i zapytają nas, widzów, co tak naprawdę chcielibyśmy zobaczyć. Jeśli Daniel Craig ponownie przywdzieje garnitur 007, niechże przynajmniej robi to w garniturze, zegarku Omega z ukrytą liną do spuszczenia się z budynku i w nieskazitelnie umytym, wiecznie nieporysowanym Astonie Martinie.