Saga "Zmierzch": Księżyc w nowiu
Ania Nowak
Środkowe części większych historii niemalże z reguły bywają najsłabsze. Był już początek, koniec jest jeszcze bardzo daleko. I tak jest też tym razem. Księżyc w Nowiu to sprawne, technicznie doskonałe widowisko. Sama historia, choć trochę gorsza niż początek, już dawno udowodniła, że potrafi na siebie zarobić. Tak też na pewno będzie tym razem. W końcu podobno każda kobieta marzy o własnym Edwardzie.
W drugiej części sagi Meyer, związek Belli i Edwarda kwitnie. Bella jednak się boi. Szczęście dziewczyny przesłania fakt, iż z dnia na dzień robi się coraz starsza, chce aby ukochany jak najszybciej przemienił ją w wampira. On sam kategorycznie odmawia, chcąc ustrzec Bellę przed potencjalnym potępieniem w piekle. Nie może jej jednak uchronić przed wszystkim, zwłaszcza przed własną rodziną, która dalej nie umie w pełni opanować swojej rządy krwi. Wydaje się, że jedyną drogą do ocalenia Belli będzie wyjazd Cullenów z Forks, tak aby wszyscy na zawsze zniknęli z życia dziewczyny. Edward nie wie jednak, że wyjazd jego rodziny będzie dopiero początkiem kłopotów Belli i jej bliskich. Nie wszystkie wampiry opuściły bowiem miasto. A wraz z nimi pojawili się ich naturalni wrogowie...
Przyznać trzeba, że wszystko w tym filmie dzieje się dosyć wartko a ponad 2 godziny mijają w oka mgnieniu. W przeciwieństwie do książki, w filmie to co ma być skrócone jest skrócone, nieistotne i niemiłosiernie rozwleczone wątki w ogóle zostają pominięte. I na szczęście. Ci którzy czytali powieść (dorośli) będą wdzięczni za maksymalne zredukowanie dywagacji Belli na temat urody Edwarda, komentowanie jego mięśni czy też innych części anatomii. Jakieś to było mdłe i jakże w całej historii nieistotne.
Zachowano w filmie na szczęście to co najważniejsze - rozwijającą się trudną relację Belli z Jacobem, swoiste "przejście" chłopaka w dorosłość i spotkanie Cullenów z Volturi. Z mało sensacyjnej książki wyciągnięto jak najwięcej akcji. To co ma się dziać na pewno się dzieje. I patrzy się na to naprawdę przyzwoicie, bo technicznie to film niemalże doskonały. Uwagę zwracają perfekcyjnie zmontowane efekty ale też doskonała scenografia i operowanie kolorem. Z mrocznego lasu, wychodzimy do kolorowych, chwilowo bardzo czerwonych Włoch. Z deszczowego Forks, wpadamy do słonecznej Volterry. Chwała charakteryzatorom za to, że o 50% zredukowali też puder na wampirzych twarzach. Przyznaję szczerze, to wizualna uczta dla oka. Szkoda tylko, że nie tak samo jak dla duszy.
Bo przyznać niestety trzeba, że dla dorosłego człowieka ten film może być męczący. Nie dość, że między głównymi bohaterami (głównie za sprawą Pattisona) zupełnie nie ma tej książkowej chemii, to jeszcze niektóre teksty zdają się być żywcem wyjęte z długiej przerwy w szkole podstawowej. Czasami aż wstyd patrzeć. Jest też taka scena, gdzie publiczność wprost zanosiła się śmiechem, co - jak podejrzewam - było dokładnie odwrotną reakcją niż ta zamierzona. Która to scena nie powiem.
A aktorzy, cóż, jak to aktorzy dla nastolatków. W duecie ze Steward, Pattison nie ma najmniejszych szans. Pewnie narażę się niejednej fanatycznej (nastoletniej?) wielbicielce, ale aktor jest z niego marny. Steward aktorsko jest jak i zresztą zawsze była jakaś bardziej dorosła jej 19 lat, świadoma swojego talentu i możliwości. Zostawia wszystkich w tyle, także piekielnie zdolną Dakotę Fanning, jednak tylko dlatego, że ta pojawia się w filmie dosłownie na 15 minut. I szkoda, bo chciałoby się jakoś więcej popatrzeć na demoniczną i bardzo silną Jane. Chociażby dla niej, jak i dla Steward pójdę na część kolejną. W końcu co się zaczęło warto skończyć. Może nie będę na nią czekać z wielką niecierpliwością, ale przyznam szczerze - nikt na te filmy wołami mnie nie zaciąga.