2012
Marta Czabała
Przecudna, doskonale zrobiona, perfekcyjnie dopieszczona, kolejna wizja końca świata. Tym razem nie tylko Amerykę ale cały świat zalewają wielkie wody, a tam gdzie nie dopływa woda, sprawę załatwiają wybuchy z wnętrza ziemi. Ponad 2,5 godziny wciągającej zabawy, na dodatek niejednokrotnie i prawdziwie śmiesznej.
Jak przesadzać to już na całego. Najnowszy film Emmericha to efekciarska zabawa reżysera z gadżetami i budżetem sięgającym bez wątpienia setek milionów dolarów. W Hollywood już dawno wiadomo, że jego efektowne i nie mające nic wspólnego z rzeczywistością demolki gwarantują światowy sukces finansowy i frekwencyjny. A wiadomo było od dawna, że 2012 ten sukces bez wątpienia odniesie.
Dlatego też podejrzewam, że nikt nie ingerował w pomysły Emmericha a producenci tylko płacili. Wspomagany w pisaniu przez autora muzyki Haralda Klosera, Emmerich stworzył kolejną wizję końca świata. Oparta na legendach Majów, historia 2012 opowiada o spełnieniu ich apokaliptycznych wizji. Już w 2009 naukowcy odkrywają straszliwą prawdę, iż wkrótce jądro Ziemi nie będzie w stanie spełniać swojej funkcji, ziemia popęka a cały świat zaleją gigantyczne powodzie. Rządy najbogatszych krajów przygotowują plan na przetrwanie tych najważniejszych na świecie. Jednocześnie nie informują ludzi o mającym nadejść końcu. Jackson Curtis, kalifornijski pisarz, przez przypadek dowiaduje się o tym co ma się zdarzyć. Ma bardzo krótko aby wydostać ze strefy zagrożenia swoją rodzinę. I jeszcze krócej, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Przyznam, że bawiłam się świetnie, z tego co jednak poczytałam później w Internecie, byli też ci niezadowoleni. Absurdalne wydaje mi się jednak oskarżanie Emmericha o brak realizmu, o przesadzone efekty, o nieśmiertelność, co rusz narażanego na kataklizmy głównego bohatera. Chyba nikt z tych, którzy wybrali się do kina, nie oczekiwał po 2012 realistycznego dramatu z przesłaniem, morałem czy też jakimkolwiek sensem. I nikt chyba nie oczekiwał czegokolwiek naprawdę oryginalnego. Filmy katastroficzne to przecież w gruncie rzeczy powtarzalny zestaw efektów a nawet sama liczba naturalnych katastrof jest też poważnie ograniczona. Oczywiście jeśli nie będziemy liczyć na kosmitów.
Nie, na filmy Emmericha chodzimy dla efektów, dla zabawy. W 2012 te efekty są tak samo jak w innych jego filmach podniesione do n-tej potęgi, w pozytywny sposób rozdmuchane, ale jednak technicznie doskonałe. Nikt nie bawi się w tłumaczenie jakiegokolwiek sensu wydarzeń, ma być efekciarsko i wciągająco. Mamy oglądać wybuchające góry, zapadające się miasta, przewożone helikopterami słonie, Hawaje w ogniu i uderzanie wielkiej Arki o szczyt Mount Everestu. I efekciarsko jest bez wątpienia. Widać, że twórcy mają do dyspozycji wszystkie najnowsze i najbardziej zaawansowane technologie a przy tworzeniu efektów bawią się sednie.
Tak poszłam na ten film przede wszystkim dla efektów. Okazuje się jednak, że nie tylko. Bo i sam scenariusz okazał się ciekawy. Do tradycyjnych już, chociaż tutaj nie przesadzonych pompatycznych gadek o przetrwaniu ludzkości i człowieczeństwie, Emmerich dodał od siebie porządną szczyptę humoru. Fakt, miejscami mocno przerysowanego, czasami przesadzonego ale wszystko to zrobione zostało celowo, z rozmysłem. Emmerich śmieje się ze stereotypów, bawi się przypisywanymi na siłę narodowymi cechami, śmieje się z wielkomiejskich bogaczy. I sami aktorzy bawią się w tym wszystkim przednie. Woody Harrelson jako lekko szalony samowolny radiowiec, John Cusack jako Jackson Curtis, niespełniony pisarz/kierowca, Beatrice Rosen jako przecudownie przerysowana rosyjska dziewczyna milionera. I nawet z tych nieodzownych gadek o patriotyzmie Emmerich trochę się naśmiewa. W jednej z finałowych scen, Laura Wilson czyta ostatnie zdanie z książki Curtisa, nota bene o katastrofie.
- Zdaliśmy sobie w końcu sprawę, że wszyscy mamy jednak coś ze sobą wspólnego - czyta wzruszonym głosem. - Wszyscy mamy krewnych w Wisconsin - kończy.
Szkoda, że tego ostatniego zdania nie przetłumaczył autor napisów. Ale podobno nie można mieć wszystkiego. Ja bawiłam się doskonale. 158 minut minęło w oka mgnieniu.