500 dni miłości
Marta Czabała
"To nie jest film o miłości" informuje nas już na samym początku reżyser, pewnie troszkę dlatego aby odciąć się od żałosnego gatunku komedii romantycznych. Ale mimo jego deklaracji to jednak trochę film o miłości, z tymże miłości dość jednostronnej. Przyjdzie nam bowiem zobaczyć uczucie z perspektywy zakochanego za zabój, zaangażowanego wszystkimi emocjami faceta.
Recz interesująca przede wszystkim dla kobiet i to one będą się na tym filmie bawić przede wszystkim. Dwaj obecni w moim najbliższym towarzystwie mężczyźni byli mocno zmęczeni, jeden próbował zamaskować senność, drugi dyskretnie rozglądał się dookoła. Cóż, wszystkich zadowolić się nie da. Ale ja jako kobieta (i wszystkie, które film ze mną oglądały) bawiłam się bardzo przyzwoicie.
500 dni miłości to w zasadzie opowieść nie o nich ale o nim, czyli o Tomie (Joseph Gordon-Levitt), który bezskutecznie poszukuje swojej drugiej połówki. Wierzy w miłość altruistyczną, w miłość deklaracji, w stałe zaangażowanie. Ach, która z nas nie chciałaby takiego mężczyzny... Pech chce jednak, iż obiektem uczuć Toma staje się niejaka Summer, przekonana o tym iż miłości jako takiej nie ma, stałe związki są przereklamowane a jej samej najlepiej będzie samej. Summer angażuje się z Tomem w luźny związek, nie chce jednak wykraczać poza przysłowiowe "tu i teraz". To jednak nie podoba się Tomowi, który kiepsko znosi ciągłe rozstania, powroty, nieustającą niepewność i huśtawkę emocjonalną. A jednocześnie nie potrafi Summer zostawić.
Miejscami naprawdę bardzo śmieszny, film jest jednak w gruncie rzeczy podszyty dramatem, opowieścią o życiu i konieczności podejmowania ważnych decyzji. To też film mądry. Ale zepsuty niestety. Psuje go bowiem, skrajnie irytujący sposób opowiadania historii, poprzez szatkowanie jej samej i zaburzanie chronologii. I tak, przez chwilę oglądamy, powiedzmy 12. dzień z tytułowych 500set, aby minutę później przerzucić się na... 398. I tak bez przerwy, nie zatrzymując się na jednej scenie dłużej niż przez 5 minut. I chociażby nie wiem jak bardzo lubić bohaterów, chociażby nie wiem jak wielka była miłość Toma do Summer, ten jeden zabieg położył jakiekolwiek szanse na moje zaangażowanie w film jako taki. Co więcej, czym dalej ta siekanina trwała, tym bardziej irytowała mnie cała opowieść. I nie pomógł w załagodzeniu tej irytacji nawet przecudowny duet Joseph Gordon-Levitt - Zooey Deschanel. Ona jest zawsze przeurocza, jego pamiętam jeszcze jako dzieciaka z Trzeciej Planety od Słońca. Oboje rewelacyjni, chociaż ona ciut lepsza. I gdyby nie ta sieczka filmowa, 500 dni miłości mogłoby być jednym z ważniejszych filmów jakie widziałam. Tak jednak ucieszyłam się bardzo kiedy już całość dobiegła końca.