Lawina
Marta Czabała
Jakimś dziwnym trafem stacja TVN zadecydowała, że film katastroficzny jest w Święto Zmarłych znacznie bardziej adekwatny niż Taniec z Gwiazdami. Już kilka tygodni wcześniej oglądaliśmy podczas reklam zachęcające mini trailery. "Wielka międzynarodowa produkcja", "Po raz pierwszy w telewizji" - słyszeliśmy. "Polscy aktorzy!" podkreślano.
Dałam się zwabić. Nie było trudno. Cóż, jako beznadziejny i oddany wielbiciel kina katastroficznego trudno mi było przegapić okazję na zobaczenie czegoś zrobionego podobno z rozmachem największych filmów tego gatunku. Posłusznie zasiadłam przed telewizorem. I szczerze mówiąc, nie mogłam powstrzymać ziewania. I od poczucia, że gdzieś już to wszystko widziałam.
Fakt, trudno jest dzisiaj filmem katastroficznym zaskoczyć. W końcu liczba kataklizmów jest raczej ograniczona, a na temat każdego powstały już chyba dziesiątki filmów. Na temat schodzącej lawiny chyba całe tuziny. I prędzej czy później trzeba wpaść w jakąś schematyczność. W filmie Lühdorffa niestety znacznie prędzej niż później.
Miasteczko w Austrii, sezon narciarski w typowym regionie turystycznym. Ona samotnie wychowuje syna, z którego ojcem nie rozmawia od 8 lat, kiedy to nieudana akcja ratownicza doprowadziła do śmierci jej brata. On nawet nie wie, że ma dziecko. Do miasteczka przywodzi go z powrotem fakt, iż ciało jego szwagra w końcu zostało odnalezione. Chce uczestniczyć w pogrzebie. Pech chce, że to właśnie podczas jego pobytu na miasto schodzi potężna lawina. Rozpoczyna się akcja ratunkowa, utrudniona przez fakt, iż zła pogoda uniemożliwia dotarcie do miasteczka służbom ratowniczym.
Oczywiście, gdyby burmistrz wcześniej wezwał pomoc, gdyby zdecydował się na ewakuację być może nie doszłoby do tragedii. Ale burmistrz, jak to burmistrzowie w filmach postanowił być zachłanny na pieniądze i turystów, w końcu ich pieniądze napędzają miejscowe życie. Bla, bla, i tak dalej i tak dalej. Być może moje zniechęcenie leży trochę w tym iż trudno jest mi w ten film uwierzyć. A co za tym idzie zaangażować się jako widz. Trudno jest mi uwierzyć, że miasta czy miasteczka austriackie, na co dzień żyjące z turystów, nie mają jednocześnie najnowocześniejszych, super zaawansowanych planów ewakuacji na wypadek lawiny i w przypadku kataklizmu miejscowi rzucają się na śnieg z łopatami. Na własne oczy widziałam małe czy nawet maleńkie miasteczka, gdzie technologia i sprzęt ratowniczy mogłyby przyprawić o kompleksy niejedną metropolię. Trudno jest mi uwierzyć, że - aby nie stracić w oczach świata czyli potencjalnych klientów - Austriacy nie rzuciliby na miejsce lawiny wszystkich środków ratowniczych jakie by mieli i, że po godzinie, na miejscu nie byłoby setek ratowników, psów tropiących czy karetek. Nawet podczas maksymalnie złej pogody. Austria wie, jakie konsekwencje mogłaby ponieść jej gospodarka gdyby turyści przestali przyjeżdżać i jest na ewentualność katastrofy doskonale zabezpieczona. W Lawinie nie dość, że pomocy nie ma, to jeszcze wysłane w końcu helikoptery lecą całą noc. Bardzo spodobała mi się koncepcja jaką znalazłam w Internecie, że chyba z Polski leciały. Rozumiem, dla potrzeb filmu można pewne rzeczy nagiąć. Pewnie zmienić. Ale chyba warto jest zachować we wszystkim choć trochę zdrowego rozsądku.
Ale gdyby tak odłożyć na bok kwestię realizmu to sama historia też nie powala z nóg. Ba, czasami nawet odrzuca. Na dodatek scenarzyści chcieli chyba zakpić z inteligencji widza, bo dialogi bohaterów są, nie dość że sztuczne to jeszcze nielogiczne i bezsensowne.
- Zasypało moją żonę.
- Kiedy?
- Kiedy zeszła lawina.
I wiele więcej. Być może jeśliby ten film zaklasyfikować do satyry czy parodii, całość nareszcie byłaby zrozumiała. Bo tutaj po prostu nie ma niczego, wobec czego można by powiedzieć, "no, przynajmniej to było niezłe". Dialogi są drewniane i bezsensowne, aktorstwo przypomina to z niskobudżetowych filmów klasy G. Efekty przypominają trochę takie zrobione na domowych komputerach przez ucznia klasy średniej. Całość jest tak bardzo oklepana, że oglądając pierwszą scenę z powodzeniem można przewidzieć wszystkie kolejne. Widziałam już filmy z dokładnie takimi samymi dialogami, czasami nawet z tymi samymi aktorami. No dobrze, prawie z tymi samymi.
Jednym słowem nędza! Przez wielkie N! Już naprawdę lepiej jest oglądać setną serię Tańca z Gwiazdami. Tam przynajmniej jest sto razy więcej napięcia.