.:styczeń:.
Malea
Kiedy po raz pierwszy przeprowadzałam akcję ratowniczą na Ziemi, musiałam zabrać ze sobą dwie kobiety. Być może to, że były dwie pozwalało im jakoś opanować strach, w przeciwieństwie do mnie, bo ja byłam przerażona za nie obie. Wszystko wydawało się być jakieś nierzeczywiste. Nie, nie miałam wątpliwości, wierzyłam w decyzje Syndykatu i wiedziałam co musze zrobić. Nie było też problemów podczas misji. Jednak tamta historia została we mnie na zawsze i kiedy tylko wracałam na Ziemię pamiętałam je obie. Tanya Alan i Melissa Estridge, biolog i geolog z uniwersytetu we Włoszech. Wiedziałam, że żyją, że zaadaptowały się do nowego środowiska, jednak jakiś niesmak pozostał. Nawet po tylu latach pracy.
Kiedy wsiadał do samochodu przyjrzałam mu się uważnie. Nie wyglądał na odkrywcę, nie wyglądał nawet na naukowca. Ot, zwyczajny człowiek, tylko smutny. Nie wiedział co się dzieje. Nie był jednak zrezygnowany, wiedziałam więc, że będzie jeszcze próbował uciekać. Kiedy usiadłam obok niego, spojrzał na mnie pierwszy raz od czasu wyjścia ze szpitala.
- Nie dostanę przepaski na oczy żebym nie widział gdzie jedziemy, czy od razu jestem przeznaczony na stracenie? - spytał ironicznie.
- Niech się pan nie martwi doktorze, nie zamierzam odbierać panu życia, ani teraz ani w ogóle, chyba że da mi pan do tego bezpośredni powód. Nie zasłaniam panu oczu, bo stamtąd gdzie jedziemy nigdy już pan nie wróci.
Spojrzał na mnie, niemalże spojojnie. Postanowiłam dać mu chwilę na ochłonięcie, ludzie zawsze potrzebowali tych kilku minut aby przetworzyć pierwsze informacje. Domknęłam drzwi samochodu a ten, po kilku sekundach ruszył bezszelestnie. Przekręciłam się w stronę Rakowskiego i zobaczyłam, że wpatruje się w kierownicę.
- Po tym wszystkim samo jeżdżący samochód nie powinien mnie chyba dziwić - powiedział cicho.
- Zdaję sobie sprawę, że to się dzisiaj stało nie jest dla pana najłatwiejsze - powiedziałam ignorując jego ostatnią uwagę - Ale to co się stało nie może już być odwrócone.
- Kim ty jesteś? - zapytał nagle zły. Spojrzałam, zdziwiona jego wybuchem emocji.
- Nazywam się Malea Anar - powiedziałam spokojnie - Jak już się pan pewnie domyślił doktorze, nie pochodzę stąd ani nawet z tej planety.
Spojrzał na mnie jak na oszalałą ale za dużo dzisiaj widział, żeby oskarżać mnie ponownie o obłęd.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś małym zielonym ludzikiem? - zapytał ironicznie.
- Mało kto jest tam tak naprawdę zielony - odpowiedziałam spokojnie. Spojrzał na mnie uważnie, przez chwilę z miną naukowca, która zaraz potem przemieniła się w tą pełną strachu i oburzenia.
- I ty oczekujesz, że ja, od tak we wszystko uwierzę?
- Nie mam zamiaru siedzieć tutaj i przekonywać pana doktorze do mojej historii. Czy wierzy pan czy nie, nie ma to żadnego znaczenia dla tego co się dzisiaj wydarzy - odpowiedziałam, odwracając od niego głowę. Samochód powoli kierował się poza miasto. Czekałam na pytanie. Jedno pytanie, które - prędzej czy później - zawsze musiało paść i padało.
- A co się wydarzy? - usłyszałam po chwili. Odwróciłam się z powrotem i spojrzałam mu prosto w oczy.
- Moim zadaniem było i jest wywiezienia pana poza tą planetę, na księżyc Meqe, niedaleko mojej rodzinnej planety. W tamtym społeczeństwie spędzi pan resztę swojego życia.
- Słucham?! A kto ci dziewczyno dał prawo do decydowania o moim życiu?! - krzyknął.
- Bardzo jest pan... ludzki doktorze. Jesteście przyzwyczajeni do myślenia, że jesteście we wszechświecie sami, że nie ma nikogo, kto przewyższałby was rozwojem technologicznym czy inteligencją. A tymczasem wasza w miarę pokojowa egzystencja na tej planecie jest w dużej mierze efektem ciężkiej pracy zupełnie wam nieznanych organizacji i sojuszy. Takich co czuwają, żeby nie doszło kolejny raz do światowych wojen czy do wynalazków, których skutków nie bylibyście w stanie okiełznać czy powstrzymać.
- Powstrzymać? To o czym mówisz wymagałoby umiejętności -
- Spojrzenia w przyszłość? - patrzyłam jak skinął głową - To nie jest specjalnie trudne i od dawna mamy takie możliwości. Oczywiście przyszłość jest względna, ma dużo wersji, zależnych od naszych teraźniejszych decyzji, ale pewne prawdopodobieństwo można wyliczyć. I takie prawdopodobieństwo wyliczono w sprawie pana doktorze.
- Słucham? A co ja mam z tymi dziwacznymi historiami wspólnego?
- Ostatnio pracował pan nad nowym wykorzystaniem ludzkich komórek macierzystych prawda? - zapytałam spokojnie, z góry znając odpowiedź.
- Skąd? - wyrwało mu się ale po chwili zmienił zdanie - chyba nie powinienem się dziwić skąd wiesz.
- Już chyba nie - przyznałam - pana badania wkrótce doprowadzą do rewolucyjnego odkrycia nowego leku, zdolnego nie tylko wyleczyć śmiertelne dla was choroby ale też wzmocnić zdrowy organizm w nieznany wcześniej sposób, czyniąc was niemalże nietykalnym dla wirusów.
Patrzył na mnie zszokowany.
- To coś złego? - zapytał - przecież to by było wspaniałe.
- Niekoniecznie. Według wyliczonego prawdopodobieństwa, jest niemalże 53 procent szans na to, że rezultat pana badań zostałby użyty w celu zwiększenia wydajności waszego wojska a tym samym eskalacji zbrojnych konfliktów na całej planecie. Jest też 48 procent szans na to, że lek przejmą koncerny farmaceutyczne, przekształcając go w produkt handlowy, którego ceny nie będą w stanie zapłacić mniej rozwinięte z waszych krajów. To w 78 procentach przypadków pogłębia światowe podziały, sprzyja rozwojowi czarnego rynku i, niemalże bezpośrednio prowadzi do wojny lub wojen światowych. I tego właśnie musimy uniknąć - powiedziałam odwracając od niego głowę - Dlatego już nigdy nie wróci pan na Ziemię a wszelkie informacje o pana badaniach zostaną zniszczone.
****************************************************************
Paweł
Musiałem mieć kompletnie idiotyczną minę, ale to co usłyszałem brzmiało jak tekst wyjęty rodem z taniej powieści sensacyjnej.
- Prawdopodobieństwo? Jakie do kurwy nędzy prawdopodobieństwo? - krzyknąłem - To nie jest jakaś pojebana statystyka, to jest... to jest nienormalne i niemożliwe!
Dalej na mnie nie patrzyła.